Archiwum bloga

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beskid Niski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beskid Niski. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 lutego 2015

Anatomia... zimy?! Część 1.

Emila zapytała mnie kiedyś w komentarzach - a było to już dawno, dawno temu - czy mógłbym powołać do życia Anatomię zimy, kiedy to nie ma tyle nauki, są ferie, i dzieje się coś ciekawszego, niż zazwyczaj. I tak ten pomysł kiełkował we mnie dniami i miesiącami, a ja tymczasem nic nie pisałem, i nic nie pisałem...

Jutro Dzień Myśli Braterskiej - wszyscy harcerscy znajomi ustawiają na Facebooku jakieś fajne branżowe zdjęcia profilowe, i tak w poszukiwaniu jakiegoś korzystnego dla siebie, uruchomiłem dysk zewnętrzny, a tam... masa zdjęć, które nie widziały jeszcze światła dziennego, i związanych z nimi historii!

Umówmy się - te wakacje, jeśli chodzi o stawianie sobie wyzwań, nie były dla mnie tak owocne jak poprzednie, ale... nie mogę przecież spisać ich na straty!

Część 1. Anatomii zimy będzie więc o lecie - o naszej wyprawie rowerowej. Jej trasę prześledzić można tutaj:

Było nas trzech: Marcin, ja i Dominik:




Z Dominikiem znam się od przysłowiowego gówniarza, bo jeszcze sprzed pierwszej podstawówki. Potem 9 lat w jednej klasie, 3 w jednym liceum, i tak jakoś - do dzisiaj.

Marcina poznałem natomiast półtora roku temu, na wyprawie rowerowej nad morzem, i to dzięki osobom, z którymi raczej się już nie kumplujemy. I tak jakoś zgrały się te nasze głupie charaktery, że lubimy się, śmiejemy się z tych samych głupich rzeczy, i mimo tego, że zupełnie inni - utrzymujemy cały czas kontakt.

Ale! O wyprawie. Zaczęliśmy od Gorlic, i podziwiając Beskid Niski, z międzylądowaniem (między-kąpaniem?) w Klimkówce dojechaliśmy do Wysowej na pierwszy nocleg. Nigdy nie zapomnę nawałnicy, jaka się przetoczyła wtedy nad nami w nocy...

 

Drugiego dnia przekroczyliśmy polsko-słowacką granicę i, pokonując kolejne pi... piękne górki, udaliśmy się w stronę jeziora Domasza.


 

Niestety - tego dnia pogoda zdecydowanie nie była naszym sprzymierzeńcem...

 

Na dodatek opona w rowerze Marcina co chwilę płatała nam figle, i średnio dwa razy dziennie musieliśmy zatrzymywać się i poświęcać jej czas, co wyglądało mniej więcej tak:

 

Jak się o tym teraz myśli, to człowiek tylko się śmieje, ale wtedy... Krew nas zalewała. Pamiętam, że jadąc, powtarzałem sobie: Nigdy więcej! A teraz? Już tęsknię za jazdą i nie mogę doczekać się nadchodzącego wiosennego sezonu! Zresztą - te miny mówią przecież, że nie było chyba aż tak źle?


 



Na Słowacji zatrzymywaliśmy się na kempingu nad Domaszą, potem gdzieś w okolicach Lenartowa na prywatnej posesji przy restauracji, w której jedliśmy kolację, a potem, już w Polsce, w Czorsztynie, gdzie udało nam się skorzystać z promocji na prysznic. :)


W przedsięwzięciach takich, choćby tak amatorskich jak ta wyprawa, wszystkie trudy zawsze wynagradzają widoki. Większość poniższych zdjęć to, z tego, co pamiętam, dzieło Dominika, któremu - muszę to przyznać - dobrej ręki do zdjęć odmówić nie można!







 

Generalnie teren do jazdy wybraliśmy sobie o wiele trudniejszy, niż rok wcześniej - ciągłe podjazdy dawały się we znaki. Ostatecznie jednak dobrnęliśmy do końca, który - to trzeba przyznać - nastąpił nieco wcześniej, niż założyłem. Pierwotnie chciałem, żeby wyprawa trwała 10 dni i kończyła się na Śląsku Cieszyńskim (a konkretnie - w Cieszynie właśnie), ale ciągłe usterki, niska liczebność grupy, mój zbliżający się egzamin poprawkowy z fizjologii i momentami niekoniecznie najwyższe morale przesądziły o wcześniejszym zakończeniu. I tak z Nowego Targu Marcin pojechał do Warszawy, a my z Dominikiem - do Gorlic.

A dziś? Dzisiaj przyjechali do mnie na Śląsk rodzice, bo od środy jest tu ze mną mój brat, Miłosz. I tak sobie jeździmy tu i tam. :) Zdaję sobie sprawę, że to co teraz opisuję może być dla kogoś śmieszną błahostką, bo nie są to wielkie podróże, ale... Tak krawiec kraje, jak mu materii staje - to raz. Na wielkie podróże jeszcze przyjdzie czas - to dwa. I tak jest fajnie - to trzy, a może nawet przede wszystkim? :)

A oto fragment z Kodeksu Wędrowniczego:

Wędrownik - stale uprawia wędrówki, wędruje w zimie, w lecie, na wsi, w mieście, tropi miejsca, gdzie może być pożyteczny. Drogę jego wędrówki wyznaczają wartości zawarte w Prawie i Przyrzeczeniu Harcerskim.

W tym coś jest, i jak się tego bakcyla złapie, to już to potem w człowieku siedzi.

Tak... Chyba tym harcerskim akcentem przyjdzie mi zakończyć, i z okazji zbliżającego się, jutrzejszego Dnia Myśli Braterskiej, życzyć wszystkiego dobrego wszystkim - tak harcerzom, jak i nie-harcerzom, ex-harcerzom i wszystkim innym! :)

Do napisania - bo skoro jest 1. część, to wypadałoby napisać i drugą! :)

poniedziałek, 23 września 2013

GoHaRT i przemeblowanie

GoHaRT, GoHaRT, i po GoHaRcie... Czas biegnie bardzo szybko - już za kilka dni zacznie się nowy rok akademicki, który przyniesie nowe wyzwania i to wyzwania całkiem spore, wnioskując z podstawie planu, który się pojawił w piątek.

Ale dobrze - niech się dzieje! Stwierdziliśmy zgodnie z Michałem, niesieni emocjami, że uwielbiamy te studia, że lubimy podejmować rękawicę, którą nam nieustannie rzucają, i przede wszystkim, że zdrowa rywalizacja jest tym, co motywuje i nakręca nas najbardziej.

Ha! I udało mi się zapisać, na razie wstępnie, na cudowne, jak się zdaje, fakultety - Anatomiczne podstawy postępowania lekarskiego, Podstawy prowadzenia badań naukowych, Współczesne zagrożenia ekologiczne a zdrowie człowieka. No przecież to nawet ciekawie brzmi! Wybór uczelni i kierunku studiów - mogę to śmiało powiedzieć po pierwszym, szczęśliwie zakończonym roku - zdecydowanie był szczęśliwy!

Teraz zastanawiam się, jak będzie wyglądał ten tydzień? Wszystko jest na razie w fazie planu... Do Zabrza wrócę chyba już w czwartek, żeby nie przepadły mi rezerwacje książek w bibliotece, a zanim zacznie się nauka zahaczę pewnie jeszcze o Norymberską, gdzie mnie zaprosiły Gaba i Kinga.

GoHaRT - ten nie był najlepszym, na jakim byłem... Na moje odczucia chyba wpływa parę pewnie niewiele znaczących niuansów, a przede wszystkim dość oszczędny entuzjazm w odniesieniu do pomysłu pójścia na rajd w ogóle. Ale, czego by nie mówić, to i pochodziliśmy trochę, i pośmialiśmy się, i postrzelaliśmy się w nocy z paintballi. Spaliśmy w ciągu obu nocy może z sześć godzin, jak za dawnych czasów, a nasz patrol - Kurczak, ryż i kontrapunkt - był po prostu rewelacyjny!

Trasa nie była może i najszczęśliwsza, bo nie lubię, gdy idzie się dwa razy tą samą drogą, tak, jak nie lubię, gdy się przede mną chowa Beskidzkie Morskie Oko. Ale jeśli chodzi o dystans, to jak na taki GoHaRT, gdzie idą harcerze w różnym wieku i różnej kondycji, był on zdecydowanie odpowiedni - szkoda tylko, że wyszliśmy popołudniu, po obiedzie, no i że taki kawał szliśmy asfaltem...

http://www.endomondo.com/workouts/248210851/4068443
http://www.endomondo.com/workouts/248427281/4068443
http://www.endomondo.com/workouts/248508547/4068443
http://www.endomondo.com/workouts/248668736/4068443
http://www.endomondo.com/workouts/248686065/4068443

Zdjęć nie mam na razie prawie w ogóle, jedynie to, co miałem na telefonie, i to, co wysłała mi Gaba.


 
Co dalej? Rower? Biorytm? Zabrze? Ostatnie przed wyjazdem na studia odwiedziny u rodzinki? Basen? Ciąg dalszy podczytywania anatomii i genetyki? Pomysłów mnogość, czasu już niewiele... Wszystko muszę sobie rozsądnie ułożyć, żeby i końcówka wakacji była tak dobra, jak wszystko, co do tej pory...

Jak na razie wziąłem się za coś, co uwielbiam robić - wczoraj około siedemnastej zamiast położyć się i odespać co nieco, zacząłem przemeblowywać u siebie w pokoju. "W trakcie" wyglądało to mniej więcej tak:




Nie udało mi się skończyć przed Master Chefem, więc dziś rano, jak zawiozłem Miłosza do miasta, musiałem dokończyć, ale ogólny efekt przypadł mi do gustu.




To niby tylko przestawienie paru mebli, ale dla mnie to zmiana, której potrzebowałem od dłuższego czasu. Nie wiem, z czego to wynika, ale uwielbiam zmiany, i uwielbiam, jak coś się dzieje w moim życiu. Panta rhei, mawiali - i coś w tym jest!

środa, 18 września 2013

Złość

Ponoć złość piękności szkodzi... Cóż - jako, że nie mam w tej materii nic do stracenia, złoszczę się dzisiaj cały dzień. A jest o co!

Zaplanowałem, że wybierzemy się dzisiaj na rower, na dwa dni. Trasa bardzo fajna i ciekawa (dzień pierwszy: http://www.endomondo.com/routes/246239374, dzień drugi: http://www.endomondo.com/routes/246609046). Naprawdę cieszyłem się jak głupi, wierzyłem, że dziś i jutro będzie pogoda, choć wszyscy podchodzili do tego mega sceptycznie. Wypożyczyłem klucze do domku w Wysowej do taty z pracy i co? Poza jednym Dominikiem nikomu się nie chciało nigdzie jechać! A i Dominik wyjechać mógł dopiero późnym popołudniem, więc cały plan wziął w łeb... Bo co to za frajda jechać samemu?

Ja nie wiem... Potem płaczą wszyscy - a to, że się nudzą, a to, że nie mają perspektyw, planów, możliwości, a to, że nigdzie nie byli, że nic nie widzieli... Może i Beskid Niski to nic nowego - nasze rodzinne strony - ale założę się, że sporo osób mimo wszystko nie było w wielu jego zakątkach! Zresztą - to przecież frajda wyrwać się z domu, zrobić coś ciekawego, korzystać z ostatnich chwil lata... Zawsze można sobie jakoś zorganizować czas, jeśli tylko się chce! Nie każdy ma może szansę, żeby podróżować po świecie, ale losowi trzeba dopomagać, i robić tyle, ile się da, w miarę swoich możliwości. Trzeba korzystać z życia, bo kto wie, ile nam jeszcze zostało. No co? Trzeba, po prostu trzeba coś robić, a nie tylko siedzieć w Internetach i tyć!

CARPE DIEM!!!

Szukając zatem ukojenia dla zszarganych nerwów i alternatywnego zajęcia, wyciągnąłem dzisiaj nareszcie gitarę, i pograłem na niej chyba z godzinę; przypomniałem sobie wszystkie h7 i inne cis7, no a przede wszystkim naprawiłem stroik, który nie działał już od jakichś dwóch lat.

Potem ugotowałem sobie obiad. Ostatnio staram się jeść zdrowo, w czym mnie bardzo wspiera mama (czasem wczuwa się aż nazbyt, wciskając we mnie różne dziwne warzywa), ale dzisiaj pozwoliłem sobie na coś wyjątkowo tłustego - na frytki. Frytki te zrobiłem z ziemniaczków od sąsiada, wyszły idealnie chrupkie i idealnie złote, niezbyt słone, tak jak lubię. Do tego zjadłem kaczkę, którą upiekła mi kiedyś mama, i którą przygrzałem tylko w mikrofali. Czymś zdrowszym była natomiast marchewka z groszkiem, którą udusiłem i przygotowałem sobie również sam. Jak na pierwszy raz wyszła cudowna! Nie mam, niestety, zdjęcia - byłem bardzo głodny, podjadałem już przygotowując jedzenie, a kiedy było gotowe, wszystko zjadłem szybko... Liczę więc, że uwierzycie mi na słowo! :)

Żeby nie zaliczać tego dnia do zmarnowanych, pod wieczór skosiłem jeszcze trawę, żeby nie musieć robić tego w przyszłym tygodniu. Dalej mam nadzieję, że może w przyszłym tygodniu ludzie się obudzą i przestaną wreszcie, jak to zwykle mawia Dominik, kisić w domu ogóra... To właściwie ostatni dzwonek - sezon rowerowy nie skończy się być może z początkiem roku akademickiego, ale więcej już w Beskidzie w tym roku nie pojeżdżę, bo rower zabiorę ze sobą do Zabrza.

Dwie powyższe trasy, które ułożyłem, dają mi jeszcze spore szanse na zaliczenie wszystkich miejscowości powiatu w lecie, a więc ukończenie mojego wyzwania.

W poniedziałek byliśmy z Dominikiem na Biorytmie.
http://www.endomondo.com/workouts/246432363/4068443
http://www.endomondo.com/workouts/246432848/4068443

Powoli zaczynam zastanawiać się, co z moją siłownią będzie w Zabrzu. Czy znajdę odpowiednie miejsce i czas? Bardzo chciałbym... Widzę, jak powolutku zmienia się moje ciało; wbiłem się w odpowiedni rytm, który nakazuje mi ciągle być w ruchu, ciągle coś robić. Podoba mi się to, nie chcę z tego rezygnować wbrew temu, co mówią inni - nawet ci całkiem bliscy. Ostatecznie to moje życie, i tylko ja wiem, jak chcę, żeby wyglądało...

Na koniec, żeby zakończyć pozytywnie, chciałbym tylko wspomnieć, że do świata blogerów dołączyły właśnie dwie moje sympatyczne koleżanki, przyjaciółki - Maria i Emila. Dziewczyny prowadzą bloga Make life Lemko. Życzę im dużo wytrwałości i wielu pomysłów, bo z tego, co widzę do tej pory, zapowiada się naprawdę ciekawie! :)

Make life Lemko - blog Marii i Emilii: www.makelifelemko.blogspot.com

Wszystkich Was, którzy tu wchodzicie, serdecznie zapraszam w odwiedziny na blogu dziewczyn. Ostatnio dowiedziałem się, że jest Was całkiem sporo - niby mam wgląd w statystyki, ale to tylko bezduszne cyfry, tymczasem okazuje się, że sporo moich z Was jest ze mną wirtualnie, za co wielkie dzięki! :)

sobota, 14 września 2013

Krótka Beskidzka wyprawa

A dzisiaj nareszcie pogoda i czas pozwoliły wybrać się na dalszy wyjazd na rowerze - razem z Dominikiem zrobiliśmy dzisiaj prawie 60 km. Mieliśmy niby jechać trasą, o której kiedyś już pisałem, ale wyszło inaczej...

http://www.endomondo.com/workouts/245657743/4068443

Zamiast skręcić na Zagórzany, już na samym początku pojechaliśmy Mszanką i Moszczenicą w stronę Siedlisk. Cóż... Bez porównania ciężej jeździ się jednak u mnie w Beskidzie, niż nad morzem! Wyskrobać się pod Siedliska czy pod Brzanę - kosztuje to trochę siły, za to warto - frajda ze zjazdu w dół z takiej górki jest nieziemska, a i widoki całkiem-całkiem.


Szkoda, że w Brzanie użądlił Dominika szerszeń, i musieliśmy do Gorlic wracać wcześniej, niż planowaliśmy...

Prawie 9 dodatkowych kilometrów zrobiłem sam, dojeżdżając do Gorlic i wracając z nich.

http://www.endomondo.com/workouts/245554981/4068443
http://www.endomondo.com/workouts/245687949/4068443

Wczoraj w Dark Pubie żegnaliśmy się z Moniką, która jutro wyjeżdża już do Białegostoku na studia. Tak się akurat złożyło, że było to pewnie i moje ostatnie na dłuższą chwilę spotkanie z Marią, która jutro również wyjeżdża już na studia, tyle, że do Wrocławia. Nie wiem, czy zobaczymy się przed weselem Anetki. A jeszcze w tym tygodniu chadzaliśmy razem na Biorytm... Za szybko zleciało!

http://www.endomondo.com/workouts/243944328/4068443
http://www.endomondo.com/workouts/243944800/4068443
http://www.endomondo.com/workouts/244769079/4068443
http://www.endomondo.com/workouts/244770789/4068443

I tak sobie wczoraj posiedzieliśmy z Dominikiem i Sitą jeszcze w mieście, jak nas już dziewczyny zostawiły. Potem przyłączyła się do nas jeszcze Kasia, i w ten oto sposób powstała nazwa naszego patrolu na przyszłotygodniowy GoHaRT - Kurczak, ryż i kontrapunkt. Będzie fajnie, tak czuję. Aż zachciało mi się iść! :)

czwartek, 25 lipca 2013

Prakty, prakty - i po praktach!

Praktyki, praktyki, i po praktykach... Minęło szybko, i teraz mogę już śmiało powiedzieć, że było w porządku, a może i trochę lepiej? :) Nawet atmosfera, no, może poza popisami jednej zarozumiałej i chyba trochę zazdrosnej współpraktykantki (słowa "koleżanka" użyć tu nie sposób), również była bardzo dobra.

Najważniejsze jest jednak to, że wiele się nauczyłem, a tak, jak pisałem w odpowiedzi na komentarz Natalii pod poprzednim postem, doświadczenie kontaktu z pacjentem, kiedy jeszcze tak naprawdę nic się o medycynie nie wie, uważam za bezcenne. Bardzo cieszę się, że pielęgniarki z naszego oddziału chciały nam jak najwięcej pokazać, jak najwięcej nas nauczyć. Ciekawe były też pierwsze spotkania z blokiem operacyjnym - wprawdzie nie wszystko się jeszcze rozumie; ba! - właściwie rozumie się bardzo mało, ale sama specyfika tego miejsca, i to, co robi się tam, żeby pomóc pacjentowi, pozostaną.

Zdarzyło się tak, że mieliśmy z Kasią swoje ulubione pacjentki na "jedynce", i jakoś tak nie wypadało nie pożegnać się z nimi przy końcówce praktyk. Ja wiem - nie można się przywiązywać do pacjentów, podchodzić do wszystkiego emocjonalnie, i tak dalej... Ale, prawdę powiedziawszy, to rada dla lekarzy, którymi my jeszcze nie jesteśmy. Rada dla lekarzy, których praca, siłą rzeczy, ma zupełnie inną specyfikę od tego, co robiliśmy teraz, bo i wiedza lekarzy jest najzwyczajniej znacznie większa od naszej. Nasz obecny stan wiedzy, nawet jeśli komuś wydawało się inaczej, raczej nie pozwalał na wykonywanie skomplikowanych procedur medycznych, zatem najlepszym, co mogliśmy od siebie dać, było dobre słowo i odrobina wsparcia. Z tego zadania wywiązywaliśmy się w różnym stopniu, zależnie od indywidualnych cech, temperamentu, pobudek, którymi się kierowaliśmy.

"Naszym" pacjentkom życzyliśmy dużo zdrowia, one nam natomiast na koniec praktyk i na dalsze studia życzyły wszystkiego dobrego - cierpliwości, wytrwałości, siły... Jedna z pań nawet wzruszyła się do łez, co było tak miłym i pięknym doświadczeniem, i tak motywującym do dalszego starania się, że nie potrafię teraz nawet znaleźć dobrych słów do ujęcia tego w tym zdaniu... Tego nie zabierze mi nikt i nic, nawet głupawe pomówienia nieżyczliwych mi osób.

Nie mnie jest oceniać innych, ale okazuje się, że nawet rzecz tak prosta, jak zwykła życzliwość i raczej pogodny sposób bycia zinterpretowana może zostać jako lizusostwo, co rodziło, rzecz jasna, sytuacje sporne. Pal sześć spostrzeżenia jednej osoby, która w żadnej z dziedzin nie była nigdy dla mnie autorytetem; gorzej, jak się przeciwko komuś nastawia grupę...

W tym miejscu pozostawiam to bez dalszego komentarza, bo zbiera mi się na głębszą refleksję w ramach Servusa medicusa. O, i akurat jego tytuł, rzecz jasna nieprzypadkowy, doskonale do tej refleksji będzie pasował.

Natomiast jeśli idzie o sporty moje kochane, to wczoraj byliśmy z Dydkiem na Biorytmie. Zabrakło nam godziny, o którą, w związku z ostatnim dniem, przedłużył się mój pobyt na praktykach w szpitalu. W związku z tym wczoraj tylko trochę pobiegaliśmy na bieżni, i zrobiliśmy króciutki, ogólnorozwojowy trening.

http://www.endomondo.com/workouts/220706248/4068443
http://www.endomondo.com/workouts/220706790/4068443

Popołudniu trochę pomagałem rodzicom w ogródku, a potem wybraliśmy się z Sitą i Przemkiem na rowerach do Wapiennego.

http://www.endomondo.com/workouts/220921129/4068443
http://www.endomondo.com/workouts/220921186/4068443

Trochę porzucaliśmy tyłkami, trochę pośmialiśmy się, i wieczór minął.






Co z miejscowości, które jeszcze zostały na liście do odwiedzenia udało się "zaliczyć"? Męcinę Małą, Męcinę Wielką, Wapienne, Rozdziele, Lipinki. Wczoraj jadąc od Pana Boga przejeżdżałem jeszcze przez Dominikowice.

A dzisiaj? Dzisiaj już zasłużone wakacje! :) Perspektywa pakowania się, które mnie wkrótce czeka, przeraża mnie... Jadę na trzynastą na basen, wcześniej mam jeszcze do załatwienia parę sprawunków w mieście, a finalnie na noc zatrzymam się u babci. No i rower, oczywiście, dzisiaj również być musi, bo pogoda dopisuje! :)

czwartek, 18 lipca 2013

Tour de Beskid Niski

No i stało się - po raz pierwszy w życiu udało mi się przejechać na rowerze ponad 80 km jednego dnia!

Rano miałem jeszcze jakieś załatwienia, więc najszybciej było mi poruszać się na rowerze.

http://www.endomondo.com/workouts/218148890/4068443

Potem spotkaliśmy się z Moniką i Dydkiem, i razem pojechaliśmy na wyprawę. Niestety, Endomondo płatało figle, i zapis trasy ostatecznie jest w częściach trzech, a jedna z nich jest dodatkowo niekompletna, więc właściwie to składa się on jednak z części czterech...

http://www.endomondo.com/workouts/218076609/4068443
http://www.endomondo.com/workouts/218150261/4068443
http://www.endomondo.com/workouts/218076803/4068443
http://www.endomondo.com/workouts/218076729/4068443

Udało się nam zaliczyć sporo miejscowości... Po kolei:
  • Gorlice
  • Siary
  • Sękowa
  • Ropica Górna
  • Małastów
  • Pętna
  • Banica
  • Krzywa
  • Jasionka
  • Czarne
  • Radocyna
  • Konieczna, no i tu przekroczyliśmy granicę państwa
  • Zdynia, i tu spotkaliśmy znajomych, którzy obstawiają zaczynającą się jutro Łemkowską Watrę
  • Gładyszów
  • Przysłup
  • Nowica
  • Leszczyny
  • Bielanka, gdzie spotkaliśmy naszego znajomego z podstawówki - Krzysia
  • Szymbark
  • Ropica Polska
  • Gorlice
  • Kobylanka.

Krajobrazy są u nas naprawdę piękne.















Polecamy też jednak, od czasu do czasu, odwiedzić naszych południowych sąsiadów - Słowaków.







Ale - wiadomo - wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej!


W sumie bawiliśmy się świetnie. Ja osobiście nie odczuwam jakiegoś wielkiego zmęczenia, no, może lekki dyskomfort w związku z siedzeniem na dość twardym siodełku. Ale co tam!


 







No pain, no gain, mawiają. Powtarzam się, wiem, ale tym razem nie do końca jestem poważny. :)


Za to przynajmniej dzikie maliny można spotkać po drodze - pachnące, słodkie i dobre.


Za wszystko dziękuję współtowarzyszom, a szczególnie Dydkowi - propsy za przejechanie tego odcinka jako inauguracji sezonu rowerowego!

Ale przede wszystkim podziękowania składam białej bestii, która niestety nieco wczoraj ucierpiała, i której siodełko nie jest już teraz tak piękne, jak na początku... Na polecenie Moniki rower mój to od teraz Jerzy.


Jerzemu przyda się porządna kąpiel po dzisiejszych szaleństwach. A mnie przyda się sen...

Jutro ostatni dzień trzeciego tygodnia praktyk, a potem wielkie przygotowania do imienin rodziców - od sportu może i odpocznę, ale wciąż będę w ruchu, bo trzeba się zabrać do jakiejś pomocy, w związku z powyższym. Ale... O to chodzi - carpe diem, i panta rhei. Ci starożytni to byli łebscy!