No i się doczekałem. A naprawdę, doczekać się tych wakacji nie mogłem. Sześć lat medycyny w pięć lat to stanowczo nie był dobry pomysł, ale nie ma co narzekać, trzeba iść dalej...
Biochemia i mikrobiologia zdane, co z fizjo - okaże się jutro, ale na pewno trzeba mi będzie zajrzeć do niej jeszcze w wakacje, bo znowu - to najważniejszy przedmiot, i najgorzej przeze mnie przyswojony...
Ale na razie - odpoczywam. Przynajmniej częściowo, bo od dzisiaj mam praktyki. W czwartek po fizjologii spędzaliśmy razem czas ze znajomymi na boisku przy akademiku, a od piątku do niedzieli czilowaliśmy sobie z Gabrynią w Krakowie. (tj. Ciechocinku; tu na zdjęciu wyglądamy prawie jak Ellie Goulding i Calvin Harris.)
Plany? I owszem, są, jak zawsze. Zatem Anatomia lata wraca do łask! :)
Tak ogólnie, to przede wszystkim marzyła mi się przez cały rok wyprawa rowerowa. Wstępny plan to trasa: Gorlice - Domasza (SK) - Bardejów (SK) - Pieniny - Śląsk Cieszyński (CZ/PL). Oprócz tego wyjeżdżam z rodzicami nad morze w piątek, no i siłka - w te wakacje bardziej na poważnie, niż w poprzednie, bo i sesyjny brzuch trzeba zrzucić...
Wydaje mi się, że warto też powrócić do idei odwiedzenia na rowerze każdej miejscowości powiatu gorlickiego, bo to, co zrobiłem do tej pory, już dało mi całkiem spore rozeznanie w topografii naszych terenów.
Oprócz tego wszystkiego - proza życia. A to porządek w szafie, a to wkleić zdjęcia do albumu... Standard.
Szybko i nieskładnie być może dzisiaj piszę, ale piszę na szybko, bo strasznie jestem już zmęczony. Po pierwsze upałem, po drugie wypakowywaniem reszty rzeczy z Zabrza, po które z Tatą i Szczepanem byliśmy u Magdy w Bobowej, po trzecie w końcu, wykładami nt. BHP. O, tak mi minął pierwszy dzień praktyk, a od jutra - kolejne cztery dni na SORze.
Język mi poza tym trochę zdziczał od tej niemal rocznej przerwy w blogowaniu, bo i swój mały prywatny blogopamiętnik zaniedbałem, no i Servus medicus przerodził się jakby w teatr jednego aktora... Ale to nic! Liczę na to, że wkrótce powrócę do wprawy, w końcu zamierzam bywać tu teraz znacznie częściej! :)
Blogo-motywator i przede wszystkim pamiętnik z wakacji pewnego studenta medycyny. Twór wysycony nadzieją na spełnienie wakacyjnych planów, okraszony dozą mniej lub bardziej głębokich refleksji, podany ze szczyptą autoironii.
Archiwum bloga
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praktyki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praktyki. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 7 lipca 2014
czwartek, 25 lipca 2013
Prakty, prakty - i po praktach!
Praktyki, praktyki, i po praktykach... Minęło szybko, i teraz mogę już śmiało powiedzieć, że było w porządku, a może i trochę lepiej? :) Nawet atmosfera, no, może poza popisami jednej zarozumiałej i chyba
trochę zazdrosnej współpraktykantki (słowa "koleżanka" użyć tu nie
sposób), również była bardzo dobra.
Najważniejsze jest jednak to, że wiele się nauczyłem, a tak, jak pisałem w odpowiedzi na komentarz Natalii pod poprzednim postem, doświadczenie kontaktu z pacjentem, kiedy jeszcze tak naprawdę nic się o medycynie nie wie, uważam za bezcenne. Bardzo cieszę się, że pielęgniarki z naszego oddziału chciały nam jak najwięcej pokazać, jak najwięcej nas nauczyć. Ciekawe były też pierwsze spotkania z blokiem operacyjnym - wprawdzie nie wszystko się jeszcze rozumie; ba! - właściwie rozumie się bardzo mało, ale sama specyfika tego miejsca, i to, co robi się tam, żeby pomóc pacjentowi, pozostaną.
Zdarzyło się tak, że mieliśmy z Kasią swoje ulubione pacjentki na "jedynce", i jakoś tak nie wypadało nie pożegnać się z nimi przy końcówce praktyk. Ja wiem - nie można się przywiązywać do pacjentów, podchodzić do wszystkiego emocjonalnie, i tak dalej... Ale, prawdę powiedziawszy, to rada dla lekarzy, którymi my jeszcze nie jesteśmy. Rada dla lekarzy, których praca, siłą rzeczy, ma zupełnie inną specyfikę od tego, co robiliśmy teraz, bo i wiedza lekarzy jest najzwyczajniej znacznie większa od naszej. Nasz obecny stan wiedzy, nawet jeśli komuś wydawało się inaczej, raczej nie pozwalał na wykonywanie skomplikowanych procedur medycznych, zatem najlepszym, co mogliśmy od siebie dać, było dobre słowo i odrobina wsparcia. Z tego zadania wywiązywaliśmy się w różnym stopniu, zależnie od indywidualnych cech, temperamentu, pobudek, którymi się kierowaliśmy.
"Naszym" pacjentkom życzyliśmy dużo zdrowia, one nam natomiast na koniec praktyk i na dalsze studia życzyły wszystkiego dobrego - cierpliwości, wytrwałości, siły... Jedna z pań nawet wzruszyła się do łez, co było tak miłym i pięknym doświadczeniem, i tak motywującym do dalszego starania się, że nie potrafię teraz nawet znaleźć dobrych słów do ujęcia tego w tym zdaniu... Tego nie zabierze mi nikt i nic, nawet głupawe pomówienia nieżyczliwych mi osób.
Nie mnie jest oceniać innych, ale okazuje się, że nawet rzecz tak prosta, jak zwykła życzliwość i raczej pogodny sposób bycia zinterpretowana może zostać jako lizusostwo, co rodziło, rzecz jasna, sytuacje sporne. Pal sześć spostrzeżenia jednej osoby, która w żadnej z dziedzin nie była nigdy dla mnie autorytetem; gorzej, jak się przeciwko komuś nastawia grupę...
W tym miejscu pozostawiam to bez dalszego komentarza, bo zbiera mi się na głębszą refleksję w ramach Servusa medicusa. O, i akurat jego tytuł, rzecz jasna nieprzypadkowy, doskonale do tej refleksji będzie pasował.
Natomiast jeśli idzie o sporty moje kochane, to wczoraj byliśmy z Dydkiem na Biorytmie. Zabrakło nam godziny, o którą, w związku z ostatnim dniem, przedłużył się mój pobyt na praktykach w szpitalu. W związku z tym wczoraj tylko trochę pobiegaliśmy na bieżni, i zrobiliśmy króciutki, ogólnorozwojowy trening.
http://www.endomondo.com/workouts/220706248/4068443
http://www.endomondo.com/workouts/220706790/4068443
Popołudniu trochę pomagałem rodzicom w ogródku, a potem wybraliśmy się z Sitą i Przemkiem na rowerach do Wapiennego.
http://www.endomondo.com/workouts/220921129/4068443
http://www.endomondo.com/workouts/220921186/4068443
Trochę porzucaliśmy tyłkami, trochę pośmialiśmy się, i wieczór minął.
Co z miejscowości, które jeszcze zostały na liście do odwiedzenia udało się "zaliczyć"? Męcinę Małą, Męcinę Wielką, Wapienne, Rozdziele, Lipinki. Wczoraj jadąc od Pana Boga przejeżdżałem jeszcze przez Dominikowice.
A dzisiaj? Dzisiaj już zasłużone wakacje! :) Perspektywa pakowania się, które mnie wkrótce czeka, przeraża mnie... Jadę na trzynastą na basen, wcześniej mam jeszcze do załatwienia parę sprawunków w mieście, a finalnie na noc zatrzymam się u babci. No i rower, oczywiście, dzisiaj również być musi, bo pogoda dopisuje! :)
Najważniejsze jest jednak to, że wiele się nauczyłem, a tak, jak pisałem w odpowiedzi na komentarz Natalii pod poprzednim postem, doświadczenie kontaktu z pacjentem, kiedy jeszcze tak naprawdę nic się o medycynie nie wie, uważam za bezcenne. Bardzo cieszę się, że pielęgniarki z naszego oddziału chciały nam jak najwięcej pokazać, jak najwięcej nas nauczyć. Ciekawe były też pierwsze spotkania z blokiem operacyjnym - wprawdzie nie wszystko się jeszcze rozumie; ba! - właściwie rozumie się bardzo mało, ale sama specyfika tego miejsca, i to, co robi się tam, żeby pomóc pacjentowi, pozostaną.
Zdarzyło się tak, że mieliśmy z Kasią swoje ulubione pacjentki na "jedynce", i jakoś tak nie wypadało nie pożegnać się z nimi przy końcówce praktyk. Ja wiem - nie można się przywiązywać do pacjentów, podchodzić do wszystkiego emocjonalnie, i tak dalej... Ale, prawdę powiedziawszy, to rada dla lekarzy, którymi my jeszcze nie jesteśmy. Rada dla lekarzy, których praca, siłą rzeczy, ma zupełnie inną specyfikę od tego, co robiliśmy teraz, bo i wiedza lekarzy jest najzwyczajniej znacznie większa od naszej. Nasz obecny stan wiedzy, nawet jeśli komuś wydawało się inaczej, raczej nie pozwalał na wykonywanie skomplikowanych procedur medycznych, zatem najlepszym, co mogliśmy od siebie dać, było dobre słowo i odrobina wsparcia. Z tego zadania wywiązywaliśmy się w różnym stopniu, zależnie od indywidualnych cech, temperamentu, pobudek, którymi się kierowaliśmy.
"Naszym" pacjentkom życzyliśmy dużo zdrowia, one nam natomiast na koniec praktyk i na dalsze studia życzyły wszystkiego dobrego - cierpliwości, wytrwałości, siły... Jedna z pań nawet wzruszyła się do łez, co było tak miłym i pięknym doświadczeniem, i tak motywującym do dalszego starania się, że nie potrafię teraz nawet znaleźć dobrych słów do ujęcia tego w tym zdaniu... Tego nie zabierze mi nikt i nic, nawet głupawe pomówienia nieżyczliwych mi osób.
Nie mnie jest oceniać innych, ale okazuje się, że nawet rzecz tak prosta, jak zwykła życzliwość i raczej pogodny sposób bycia zinterpretowana może zostać jako lizusostwo, co rodziło, rzecz jasna, sytuacje sporne. Pal sześć spostrzeżenia jednej osoby, która w żadnej z dziedzin nie była nigdy dla mnie autorytetem; gorzej, jak się przeciwko komuś nastawia grupę...
W tym miejscu pozostawiam to bez dalszego komentarza, bo zbiera mi się na głębszą refleksję w ramach Servusa medicusa. O, i akurat jego tytuł, rzecz jasna nieprzypadkowy, doskonale do tej refleksji będzie pasował.
Natomiast jeśli idzie o sporty moje kochane, to wczoraj byliśmy z Dydkiem na Biorytmie. Zabrakło nam godziny, o którą, w związku z ostatnim dniem, przedłużył się mój pobyt na praktykach w szpitalu. W związku z tym wczoraj tylko trochę pobiegaliśmy na bieżni, i zrobiliśmy króciutki, ogólnorozwojowy trening.
http://www.endomondo.com/workouts/220706248/4068443
http://www.endomondo.com/workouts/220706790/4068443
Popołudniu trochę pomagałem rodzicom w ogródku, a potem wybraliśmy się z Sitą i Przemkiem na rowerach do Wapiennego.
http://www.endomondo.com/workouts/220921129/4068443
http://www.endomondo.com/workouts/220921186/4068443
Trochę porzucaliśmy tyłkami, trochę pośmialiśmy się, i wieczór minął.
Co z miejscowości, które jeszcze zostały na liście do odwiedzenia udało się "zaliczyć"? Męcinę Małą, Męcinę Wielką, Wapienne, Rozdziele, Lipinki. Wczoraj jadąc od Pana Boga przejeżdżałem jeszcze przez Dominikowice.
A dzisiaj? Dzisiaj już zasłużone wakacje! :) Perspektywa pakowania się, które mnie wkrótce czeka, przeraża mnie... Jadę na trzynastą na basen, wcześniej mam jeszcze do załatwienia parę sprawunków w mieście, a finalnie na noc zatrzymam się u babci. No i rower, oczywiście, dzisiaj również być musi, bo pogoda dopisuje! :)
wtorek, 23 lipca 2013
Gossip boy?
Wczorajszy i dzisiejszy dzień upłynęły pod znakiem spotkań, plotek i rozmów z ludźmi. Wczoraj byliśmy z Dydkiem i Kasiką u Gaby, której nie widziałem już od dawna, dzisiaj wpadłem na chwilę do Sity, by zaraz potem jechać do Pana Boga, który zaprosił mnie już kiedyś na kawę.
Mógłbym gadać i gadać... Całymi godzinami.
Ale...
Teraz przyznam się do grzechu - wczoraj górę wzięło lenistwo, i odpuściłem sobie trening na siłowni, a na domiar złego zbisurmaniłem jeszcze Dydka.... Źle mi z tym, kajam się więc grzecznie, i od dzisiaj już nad sobą pracuję, a nie tylko obiecuję!
Szczerze powiedziawszy, gorzej się czuję po tym weekendzie, który był naprawdę spokojny, jeśli idzie o ruch, niż w trakcie tygodnia, w którym jestem ciągle aktywny... Niby odpocząłem, ale tak naprawdę psychicznie jestem zmęczony. Idąc więc za ciosem biorę się w garść i wracam do formy, że tak powiem.
Dzisiaj byliśmy z Dydkiem na basenie, gdzie przepłynąłem standardowy dla siebie dystans kilometra.
http://www.endomondo.com/workouts/220218515/4068443
Potem na rowerze pojechałem do Sity, a dalej do Pana Boga i do domu.
http://www.endomondo.com/workouts/220415395/4068443
http://www.endomondo.com/workouts/220415422/4068443
http://www.endomondo.com/workouts/220415435/4068443
Bardzo był dla mnie motywujący SMS od Ani (pozdrawiam, bo teraz już wiem, że czytasz tego bloga!). Człowiek czuje się bardzo fajnie, jak się dowiaduje, że jego zapał zaraża też innych. To sprawia, że się chce jeszcze bardziej, a spirala motywacji nakręca się. (Biolog powiedziałby, że to dodatnie sprzężenie zwrotne.)
Jutro ostatni, albo przedostatni dzień praktyk. Dziś panie z "jedynki" żegnały się z nami - ze mną i z Kasią - i było to szczere, autentycznie miłe przeżycie. Ja wiem, że w przyszłości nie będę mógł przywiązywać się do pacjentów, bo zwariuję, ale... Ci akurat pacjenci to pierwsi "nasi" pacjenci - czyż więc nie będziemy zawsze wracać do nich myślą? :)
Mógłbym gadać i gadać... Całymi godzinami.
Ale...
Teraz przyznam się do grzechu - wczoraj górę wzięło lenistwo, i odpuściłem sobie trening na siłowni, a na domiar złego zbisurmaniłem jeszcze Dydka.... Źle mi z tym, kajam się więc grzecznie, i od dzisiaj już nad sobą pracuję, a nie tylko obiecuję!
Szczerze powiedziawszy, gorzej się czuję po tym weekendzie, który był naprawdę spokojny, jeśli idzie o ruch, niż w trakcie tygodnia, w którym jestem ciągle aktywny... Niby odpocząłem, ale tak naprawdę psychicznie jestem zmęczony. Idąc więc za ciosem biorę się w garść i wracam do formy, że tak powiem.
Dzisiaj byliśmy z Dydkiem na basenie, gdzie przepłynąłem standardowy dla siebie dystans kilometra.
http://www.endomondo.com/workouts/220218515/4068443
Potem na rowerze pojechałem do Sity, a dalej do Pana Boga i do domu.
http://www.endomondo.com/workouts/220415395/4068443
http://www.endomondo.com/workouts/220415422/4068443
http://www.endomondo.com/workouts/220415435/4068443
Bardzo był dla mnie motywujący SMS od Ani (pozdrawiam, bo teraz już wiem, że czytasz tego bloga!). Człowiek czuje się bardzo fajnie, jak się dowiaduje, że jego zapał zaraża też innych. To sprawia, że się chce jeszcze bardziej, a spirala motywacji nakręca się. (Biolog powiedziałby, że to dodatnie sprzężenie zwrotne.)
Jutro ostatni, albo przedostatni dzień praktyk. Dziś panie z "jedynki" żegnały się z nami - ze mną i z Kasią - i było to szczere, autentycznie miłe przeżycie. Ja wiem, że w przyszłości nie będę mógł przywiązywać się do pacjentów, bo zwariuję, ale... Ci akurat pacjenci to pierwsi "nasi" pacjenci - czyż więc nie będziemy zawsze wracać do nich myślą? :)
Lokalizacja:
Gorlice, Polska
piątek, 19 lipca 2013
Serce rośnie!
Praktyki powoli chylą się ku końcowi. Od poniedziałku nie będzie z nami już Dawida i Szczepana. Dzisiaj poszli po raz ostatni na blok. Od przyszłego tygodnia natomiast blok zapowiada się codziennie. Nie wiadomo jeszcze, czy będziemy mieli praktyki do środy, czy do czwartku.
Cóż - nie zawsze możemy otaczać się ludźmi, z którymi akurat mamy ochotę spędzać czas... Czasami trzeba przebywać z tymi, za którymi się nie przepada. Najważniejsze, żeby zachować spokój i uprzejmy profesjonalizm, nie dać wytrącić się z równowagi, wiedzieć swoje i przede wszystkim nie mieć sobie nic do zarzucenia. Wtedy piłeczka jest po naszej stronie.
Powyższe bez zbędnego komentarza - taka, ot, refleksja.
Statystyka na Endomondo sprawiła mi dzisiaj miłą niespodziankę - owszem, to wcale nie jest najważniejsze, ale za to bardzo motywujące!
Po wczorajszej wycieczce czuję się znakomicie, i mam ochotę na jeszcze! :)
Cóż - nie zawsze możemy otaczać się ludźmi, z którymi akurat mamy ochotę spędzać czas... Czasami trzeba przebywać z tymi, za którymi się nie przepada. Najważniejsze, żeby zachować spokój i uprzejmy profesjonalizm, nie dać wytrącić się z równowagi, wiedzieć swoje i przede wszystkim nie mieć sobie nic do zarzucenia. Wtedy piłeczka jest po naszej stronie.
Powyższe bez zbędnego komentarza - taka, ot, refleksja.
Statystyka na Endomondo sprawiła mi dzisiaj miłą niespodziankę - owszem, to wcale nie jest najważniejsze, ale za to bardzo motywujące!
Po wczorajszej wycieczce czuję się znakomicie, i mam ochotę na jeszcze! :)
sobota, 13 lipca 2013
Pogoda...
Na czwartkowych praktykach urosłem o dwa centymetry! Urosłem ze szczęścia i zadowolenia, bo wiem, że już w ciągu tych dwóch tygodni zrobiłem mały wprawdzie krok, ale jednak w dobrą stronę. Po pierwsze, udało mi się poprawnie wkłuć wenflon Bogu ducha winnemu Szczepanowi, mimo, że robiłem to po raz pierwszy w życiu. Po drugie, dostałem dodatkową porcję motywacji w postaci kilku miłych słów od - wydaje mi się - najfajniejszej z pań pielęgniarek.
Nie dziwota, że po takim dniu aż się człowiekowi chciało iść i popływać!
http://www.endomondo.com/workouts/214781629/4068443
Niestety, pogoda nam się popsuła, i nie sprzyjała przejażdżkom rowerowym ani w czwartek, ani w piątek, ani dzisiaj...
W piątek nie było w szpitalu obu Szczepanów, więc pracy mieliśmy nieco więcej. Posiedzieliśmy do 12:30, ale w tym czasie widziałem i gastroskopię, i USG, i zdążyłem też być na bloku na operacji przepukliny. Właściwie nie wiem nawet, kiedy ten czas zleciał; miałem może z pięć minut na zjedzenie śniadania w tzw. martwym punkcie po wizycie lekarskiej, a pozostały czas wypełniały mi różne obowiązki. Ktoś powie: przecież to wszystko banalne czynności. Zgoda; może i nie są to wielkie rzeczy, ale nie od razu Rzym zbudowano. Jeśli możemy przydać się pomagając przewozić pacjentów na sale i badania, mierząc im ciśnienie i glikemię, zmieniając kroplówki - czemuż tego nie robić? Jeszcze przyjdzie czas na trudniejsze rzeczy, to dopiero początek, choć niektórym już się wydaje inaczej. (Na razie bez komentarza, ale nie bezrefleksyjnie; na dłuższą wypowiedź na ten temat przyjdzie jeszcze czas po praktykach.)
Zmęczony wróciłem strasznie, a do tego niewyspany po całym tygodniu; nie bardzo miałem siłę iść na Biorytm, zresztą, nie miałem nawet z kim, bo akurat ani Dydek, ani Przemek, ani Ostoja nie mogli iść ze mną...
Popołudniu postanowiłem posprzątać, bo na dzisiaj zaplanowałem rajd paraharceski na trasie Gorlice - Małastów - Klimkówka, więc sobotę chciałem mieć wolną, a i w domu trzeba nieco pomóc. Zdrzemnąłem się godzinkę, i wziąłem się do roboty.
Chwilę także zajęło mi opanowanie nowej zabaweczki, bo tata sprawił mi nowy telefon, i chciałem go co nieco poskromić, a przede wszystkim - górę, jak zwykle w takich sytuacjach, bierze ciekawość.
Ale z dzisiejszego rajdu nie wyszło nic... Pogoda pokrzyżowała nam szyki, bo o szóstej rano lało jak z cebra. Trzeba było rajd przełożyć - jeszcze nie wiem, na kiedy, ale to jedyna racjonalna decyzja; to żadna sztuka wyjść, zamoknąć i dostać zapalenia płuc; średnia to też przyjemność iść w zimnie i strugach wody...
Ostatecznie jednak i tak jedziemy do Kasi (spietrzone-marzenia.blogspot.com) na Klimkówkę na domek. Biorę gitarę, kupimy sobie jakieś żarełko, i będziemy siedzieli, jedli, gadali i śpiewali całą noc, jak za starych, dobrych czasów na wypadach harcerskich. Wezmę też aparat, zrobimy sobie jakieś pamiątkowe zdjęcia; może znów uda się przywitać świt nad jeziorem?
Nie wiadomo, kiedy się znów spotkamy w takim składzie... Każdy jest zabiegany, realizuje się, i choć pamiętamy o sobie nawzajem, nigdy nie ma na nic czasu... Cóż - życie. Realizacja swoich planów i wiążące się z tym szczęście mają swoją cenę, jak to dzisiaj powiedziałem Gabie przez telefon.
Nie dziwota, że po takim dniu aż się człowiekowi chciało iść i popływać!
http://www.endomondo.com/workouts/214781629/4068443
Niestety, pogoda nam się popsuła, i nie sprzyjała przejażdżkom rowerowym ani w czwartek, ani w piątek, ani dzisiaj...
W piątek nie było w szpitalu obu Szczepanów, więc pracy mieliśmy nieco więcej. Posiedzieliśmy do 12:30, ale w tym czasie widziałem i gastroskopię, i USG, i zdążyłem też być na bloku na operacji przepukliny. Właściwie nie wiem nawet, kiedy ten czas zleciał; miałem może z pięć minut na zjedzenie śniadania w tzw. martwym punkcie po wizycie lekarskiej, a pozostały czas wypełniały mi różne obowiązki. Ktoś powie: przecież to wszystko banalne czynności. Zgoda; może i nie są to wielkie rzeczy, ale nie od razu Rzym zbudowano. Jeśli możemy przydać się pomagając przewozić pacjentów na sale i badania, mierząc im ciśnienie i glikemię, zmieniając kroplówki - czemuż tego nie robić? Jeszcze przyjdzie czas na trudniejsze rzeczy, to dopiero początek, choć niektórym już się wydaje inaczej. (Na razie bez komentarza, ale nie bezrefleksyjnie; na dłuższą wypowiedź na ten temat przyjdzie jeszcze czas po praktykach.)
Zmęczony wróciłem strasznie, a do tego niewyspany po całym tygodniu; nie bardzo miałem siłę iść na Biorytm, zresztą, nie miałem nawet z kim, bo akurat ani Dydek, ani Przemek, ani Ostoja nie mogli iść ze mną...
Popołudniu postanowiłem posprzątać, bo na dzisiaj zaplanowałem rajd paraharceski na trasie Gorlice - Małastów - Klimkówka, więc sobotę chciałem mieć wolną, a i w domu trzeba nieco pomóc. Zdrzemnąłem się godzinkę, i wziąłem się do roboty.
Chwilę także zajęło mi opanowanie nowej zabaweczki, bo tata sprawił mi nowy telefon, i chciałem go co nieco poskromić, a przede wszystkim - górę, jak zwykle w takich sytuacjach, bierze ciekawość.
Ale z dzisiejszego rajdu nie wyszło nic... Pogoda pokrzyżowała nam szyki, bo o szóstej rano lało jak z cebra. Trzeba było rajd przełożyć - jeszcze nie wiem, na kiedy, ale to jedyna racjonalna decyzja; to żadna sztuka wyjść, zamoknąć i dostać zapalenia płuc; średnia to też przyjemność iść w zimnie i strugach wody...
Ostatecznie jednak i tak jedziemy do Kasi (spietrzone-marzenia.blogspot.com) na Klimkówkę na domek. Biorę gitarę, kupimy sobie jakieś żarełko, i będziemy siedzieli, jedli, gadali i śpiewali całą noc, jak za starych, dobrych czasów na wypadach harcerskich. Wezmę też aparat, zrobimy sobie jakieś pamiątkowe zdjęcia; może znów uda się przywitać świt nad jeziorem?
Nie wiadomo, kiedy się znów spotkamy w takim składzie... Każdy jest zabiegany, realizuje się, i choć pamiętamy o sobie nawzajem, nigdy nie ma na nic czasu... Cóż - życie. Realizacja swoich planów i wiążące się z tym szczęście mają swoją cenę, jak to dzisiaj powiedziałem Gabie przez telefon.
czwartek, 11 lipca 2013
Z wakacji dni kolejne dwa
Michał pisząc na Servusie miał rację - to już nie są takie same wakacje jak rok temu. Wczoraj to nawet nie miałem czasu niczego napisać... Praktyki w porządku, zresztą, tak jak dzisiaj, z tym, że dzisiaj wypuścili nas wcześniej, bo ma być na oddziale jakaś wizyta jakichś urzędników, czy tam jakaś kontrola, i sztuczny tłum jest zbędny. Po praktykach natomiast basen, i kolejny kilometr do statystyki.
http://www.endomondo.com/workouts/213824846/4068443
No a pod wieczór - wreszcie! - Monika. Nie mogłem się doczekać tego spotkania, bo nie widzieliśmy się już chyba prawie dwa miesiące, ale teraz nareszcie oboje jesteśmy w Gorlicach - ja, student medycyny, i Monika, wreszcie spełniające swe marzenie przyszła aktorka.
Spotkanie zaowocowało przejażdżką rowerową, bo nie była to raczej wielka trasa - za dużo mieliśmy sobie do powiedzenia. Przejeżdżaliśmy przez Ropicę Polską, Szymbark i Bystrą.
W sumie zrobiliśmy sobie tylko kilka zdjęć telefonem na szczycie gorlickiej Golgoty. Doszedłem do wniosku, że robienie na siłę zdjęć tabliczkom z nazwami miejscowości nie ma sensu, bo przecież cała trasa, jaką pokonuję, zapisana jest na Endomondo.
http://www.endomondo.com/workouts/214780203/4068443
Widoki na Gorlice z Golgoty są godne uwagi, czego, niestety, mój telefon nie oddaje nazbyt wiernie...
A oto i my - za sobą stęsknieni, rozpromienieni...
...skłonni również do refleksji - czasem bardziej, a czasem mniej głębokich. :)
Dzisiaj natomiast po praktykach poszedłem z Dydkiem na siłownię. I, prawdę powiedziawszy, nie jestem szczególnie zadowolony. Na początku musiałem nieco się rozgrzać, choć to może nie do końca dobre słowo, bo upał lał się z nieba...
http://www.endomondo.com/workouts/214780775/4068443
Potem zrobiłem kilka ćwiczeń na grzbiet i na triceps, ale nie wiedziałem, jak poprawnie wykonywać pozostałe. Zdaję sobie sprawę, że kręgosłup to rzecz święta, więc, choć nie dźwigam wielkich ciężarów, postanowiłem poczekać, aż będzie na siłowni ktoś, kogo bez skrępowania mógłbym poprosić o instruktaż. Tak więc dzisiaj zrobiłem tylko połowę tego, co sobie zamierzyłem...
http://www.endomondo.com/workouts/214781289/4068443
Po siłowni wróciłem do domu, akurat udało mi się zdążyć na autobus, bo teraz przez ten remont mostka koło mnie Srokobus jeździ chyba jak chce. Zjadłem obiad, i po trzeciej przyjechały do mnie Monika i Justyna. Obejrzeliśmy jednym okiem kasetę z naszej z Moniką I Komunii, i pod wieczór pojechaliśmy na rowerach do Gorlic, gdzie na rondzie czekał na nas Przemek, który przyjechał punktualnie co do minuty (!) na umówioną godzinę.
Dzisiaj znów wybraliśmy się w stronę Biecza, i uważam, że to był całkiem dobry dystans, zwłaszcza, że z tych sześciu wycieczek w ramach lipcowego wyzwania ta z pewnością zawierała największą liczbę podjazdów pod górkę. Fakt, wczoraj wjeżdżaliśmy na Golgotę, ale to ostatecznie tylko jedna górka, a od strony Bystrej nie jest znowu aż taka stroma.
Nasza dzisiejsza trasa na Endomondo prezentuje się tak.
http://www.endomondo.com/workouts/214532966/4068443
Jechaliśmy od Gorlic kolejno przez: Zagórzany (malutki fragment), Klęczany, Strzeszyn, Biecz, Binarową (przejeżdżaliśmy obok zabytkowego kościoła, tego od UNESCO), Racławice (ale nie te od bitwy), Rożnowice, Sitnicę, Bugaj, znów przez Strzeszyn, Korczynę (ten sam malutki fragment), Libuszę, Kobylankę, i znów byliśmy w Gorlicach.
Przy starym, opuszczonym budynku, bodajże w Strzeszynie, zrobiliśmy sobie kilka zdjęć.
Ze zdjęć to właściwie tyle na dzisiaj - tak jak już pisałem, nie ma sensu robić na siłę zdjęć tabliczkom miejscowości. A teraz idę spać, bo jutro znów muszę wstać wcześnie rano... Może nie w stu procentach wypoczęty, ale na pewno spełniony.
http://www.endomondo.com/workouts/213824846/4068443
No a pod wieczór - wreszcie! - Monika. Nie mogłem się doczekać tego spotkania, bo nie widzieliśmy się już chyba prawie dwa miesiące, ale teraz nareszcie oboje jesteśmy w Gorlicach - ja, student medycyny, i Monika, wreszcie spełniające swe marzenie przyszła aktorka.
Spotkanie zaowocowało przejażdżką rowerową, bo nie była to raczej wielka trasa - za dużo mieliśmy sobie do powiedzenia. Przejeżdżaliśmy przez Ropicę Polską, Szymbark i Bystrą.
W sumie zrobiliśmy sobie tylko kilka zdjęć telefonem na szczycie gorlickiej Golgoty. Doszedłem do wniosku, że robienie na siłę zdjęć tabliczkom z nazwami miejscowości nie ma sensu, bo przecież cała trasa, jaką pokonuję, zapisana jest na Endomondo.
http://www.endomondo.com/workouts/214780203/4068443
Widoki na Gorlice z Golgoty są godne uwagi, czego, niestety, mój telefon nie oddaje nazbyt wiernie...
A oto i my - za sobą stęsknieni, rozpromienieni...
...skłonni również do refleksji - czasem bardziej, a czasem mniej głębokich. :)
Dzisiaj natomiast po praktykach poszedłem z Dydkiem na siłownię. I, prawdę powiedziawszy, nie jestem szczególnie zadowolony. Na początku musiałem nieco się rozgrzać, choć to może nie do końca dobre słowo, bo upał lał się z nieba...
http://www.endomondo.com/workouts/214780775/4068443
Potem zrobiłem kilka ćwiczeń na grzbiet i na triceps, ale nie wiedziałem, jak poprawnie wykonywać pozostałe. Zdaję sobie sprawę, że kręgosłup to rzecz święta, więc, choć nie dźwigam wielkich ciężarów, postanowiłem poczekać, aż będzie na siłowni ktoś, kogo bez skrępowania mógłbym poprosić o instruktaż. Tak więc dzisiaj zrobiłem tylko połowę tego, co sobie zamierzyłem...
http://www.endomondo.com/workouts/214781289/4068443
Po siłowni wróciłem do domu, akurat udało mi się zdążyć na autobus, bo teraz przez ten remont mostka koło mnie Srokobus jeździ chyba jak chce. Zjadłem obiad, i po trzeciej przyjechały do mnie Monika i Justyna. Obejrzeliśmy jednym okiem kasetę z naszej z Moniką I Komunii, i pod wieczór pojechaliśmy na rowerach do Gorlic, gdzie na rondzie czekał na nas Przemek, który przyjechał punktualnie co do minuty (!) na umówioną godzinę.
Dzisiaj znów wybraliśmy się w stronę Biecza, i uważam, że to był całkiem dobry dystans, zwłaszcza, że z tych sześciu wycieczek w ramach lipcowego wyzwania ta z pewnością zawierała największą liczbę podjazdów pod górkę. Fakt, wczoraj wjeżdżaliśmy na Golgotę, ale to ostatecznie tylko jedna górka, a od strony Bystrej nie jest znowu aż taka stroma.
Nasza dzisiejsza trasa na Endomondo prezentuje się tak.
http://www.endomondo.com/workouts/214532966/4068443
Jechaliśmy od Gorlic kolejno przez: Zagórzany (malutki fragment), Klęczany, Strzeszyn, Biecz, Binarową (przejeżdżaliśmy obok zabytkowego kościoła, tego od UNESCO), Racławice (ale nie te od bitwy), Rożnowice, Sitnicę, Bugaj, znów przez Strzeszyn, Korczynę (ten sam malutki fragment), Libuszę, Kobylankę, i znów byliśmy w Gorlicach.
Przy starym, opuszczonym budynku, bodajże w Strzeszynie, zrobiliśmy sobie kilka zdjęć.
Ze zdjęć to właściwie tyle na dzisiaj - tak jak już pisałem, nie ma sensu robić na siłę zdjęć tabliczkom miejscowości. A teraz idę spać, bo jutro znów muszę wstać wcześnie rano... Może nie w stu procentach wypoczęty, ale na pewno spełniony.
wtorek, 9 lipca 2013
I znów poniedziałek
Dzisiaj pracowity, ale bardzo dobry dzień. Sądzę, że wiele się dzisiaj nauczyłem, i jeśli chodzi o praktyki i o ruch - czuję się na dzisiaj spełniony.
Widziałem dziś dwukrotnie badanie USG i słuchałem, jak Doktor opowiadał, co jest w danym momencie wyświetlane na monitorze. Później sam próbowałem odszukać wzrokiem wspomniane narządy, zmiany, rozpoznać je, ale nie było to wcale łatwe... Bliżej południa widzieliśmy z Alą badanie rektoskopijne, a nasz dzień na oddziale rozpoczęliśmy, tradycyjnie - bo w końcu wszystko musi mieć tu określony porządek i rytm - od pomiaru ciśnienia. Było też i kilka badań EKG i innych, "codziennych" już czynności, które mieliśmy jeszcze okazję doskonalić.
A po praktykach - siłownia. Dzisiaj towarzyszył mi znów Przemek. Zaczęliśmy od rozgrzewki na bieżni.
http://www.endomondo.com/workouts/213543943/4068443
Potem ćwiczyliśmy na klatkę i na biceps - chwilami bardziej udolnie, chwilami mniej, ale na pewno rzetelnie, bo motywacji to nam nie brak, a dodatkową jej porcję zapewnił nam naoczny przykład tego, co można osiągnąć w jeden tylko rok.
http://www.endomondo.com/workouts/213544670/4068443
Po siłowni czas na chwilę odpoczynku i obiad, by popołudniu wyjechać na rower. Kierunek na dziś - Biecz i okolice.
http://www.endomondo.com/workouts/213493412/4068443
Wyjechaliśmy z Gorlic. Jechaliśmy przez Klęczany, Libuszę, fragment Korczyny i Strzeszyn (do tych dwóch zajrzę jeszcze na pewno później, kiedy "zapuszczę" się w okolice Bugaju). Dalej był już sam Biecz, gdzie zatrzymaliśmy się na chwilę na rynku i... niespodzianka! Spodziewaliśmy się, że za Bieczem znajduje się jeszcze w naszym powiecie Sitnica, a tymczasem okazuje się, że na Bieczu kończy się i powiat, i województwo, a Sitnica to w ogóle inna bajka, niezwiązana z podkarpackiem zaczynającym się w Siepietnicy.
Pamiątkowe zdjęcie pod tablicą być musi. Polecamy! Maciek B. i Przemek R.
Prawdę powiedziawszy, przejeżdżałem już tą drogą setki razy, ale nigdy jeszcze rowerem...
Dalej kierowaliśmy się na Grudną Kępską. Kto mieszka w naszym powiecie wie, jak rzadko jeżdżą tu pociągi, zwłaszcza w okolicy Gorlic. Tym większe musiało być nasze szczęście, że przyszło nam akurat czekać na przejazd pociągu na przejeździe na drodze do Grudnej.
Z Grudnej Kępskiej pojechaliśmy do Głębokiej - i tu kolejne moje zdziwienie, bo w ogóle nie wiedziałem, gdzie to jest. Słyszałem o tej miejcowości, kiedy przygotowywałem listę, ale nie zastanawiałem się nigdy, gdzie leży ona dokładnie. I w sumie dobrze - taki miał być też cel tych wycieczek - poznać lepiej swój region.
W Głębokiej chwilę pobłądziliśmy, ale ostatecznie, wypytawszy tubylców, pojechaliśmy drogą na Wójtową.
W Wójtowej krótki, rzec by się chciało, techniczny postój, i już drogą przez Libuszę-Ogniwo kierowaliśmy się na Kobylankę. Jako że mostek koło mnie jest w remoncie, pojechaliśmy z Przemkiem za parkiem, by rozstać się na Rozboju, gdzie każdy miał już, żeby było sprawiedliwie, kawałeczek pod górkę, i sporo z górki.
W tym tygodniu muszę postarać się bardziej, bo końcówka zeszłego tygodnia to nieszczególnie obfitowała w jakieś osiągnięcia... Oczywiście najważniejsze są praktyki, w międzyczasie wypadły mi też uroczystości rodzinne i wyjścia z rodzicami, ale z drugiej strony, jak to mówią: kto chce - szuka sposobu, kto nie chce - wymówek; także moje sumienie nie jest do końca czyste, kajam się więc grzecznie!
Bo wiecie co? Odpuszczanie sobie wcale nie czyni człowieka szczęśliwszym, no, może na pięć minut pozwala mu czuć zadowolenie, ale nie szczęście. W dłuższej perspektywie jednak przytłacza. Trzeba o siebie walczyć, czasy takie, że walczyć trzeba każdego dnia! A niby spokojne...
Bo to uczucie, gdy człowiek idzie spać taki zmęczony, ale spełniony... Ono jest bezcenne! I ja dzisiaj takie mam. Właśnie dlatego warto!
Dobranoc.
Widziałem dziś dwukrotnie badanie USG i słuchałem, jak Doktor opowiadał, co jest w danym momencie wyświetlane na monitorze. Później sam próbowałem odszukać wzrokiem wspomniane narządy, zmiany, rozpoznać je, ale nie było to wcale łatwe... Bliżej południa widzieliśmy z Alą badanie rektoskopijne, a nasz dzień na oddziale rozpoczęliśmy, tradycyjnie - bo w końcu wszystko musi mieć tu określony porządek i rytm - od pomiaru ciśnienia. Było też i kilka badań EKG i innych, "codziennych" już czynności, które mieliśmy jeszcze okazję doskonalić.
A po praktykach - siłownia. Dzisiaj towarzyszył mi znów Przemek. Zaczęliśmy od rozgrzewki na bieżni.
http://www.endomondo.com/workouts/213543943/4068443
Potem ćwiczyliśmy na klatkę i na biceps - chwilami bardziej udolnie, chwilami mniej, ale na pewno rzetelnie, bo motywacji to nam nie brak, a dodatkową jej porcję zapewnił nam naoczny przykład tego, co można osiągnąć w jeden tylko rok.
http://www.endomondo.com/workouts/213544670/4068443
Po siłowni czas na chwilę odpoczynku i obiad, by popołudniu wyjechać na rower. Kierunek na dziś - Biecz i okolice.
http://www.endomondo.com/workouts/213493412/4068443
Wyjechaliśmy z Gorlic. Jechaliśmy przez Klęczany, Libuszę, fragment Korczyny i Strzeszyn (do tych dwóch zajrzę jeszcze na pewno później, kiedy "zapuszczę" się w okolice Bugaju). Dalej był już sam Biecz, gdzie zatrzymaliśmy się na chwilę na rynku i... niespodzianka! Spodziewaliśmy się, że za Bieczem znajduje się jeszcze w naszym powiecie Sitnica, a tymczasem okazuje się, że na Bieczu kończy się i powiat, i województwo, a Sitnica to w ogóle inna bajka, niezwiązana z podkarpackiem zaczynającym się w Siepietnicy.
Pamiątkowe zdjęcie pod tablicą być musi. Polecamy! Maciek B. i Przemek R.
Prawdę powiedziawszy, przejeżdżałem już tą drogą setki razy, ale nigdy jeszcze rowerem...
Dalej kierowaliśmy się na Grudną Kępską. Kto mieszka w naszym powiecie wie, jak rzadko jeżdżą tu pociągi, zwłaszcza w okolicy Gorlic. Tym większe musiało być nasze szczęście, że przyszło nam akurat czekać na przejazd pociągu na przejeździe na drodze do Grudnej.
Z Grudnej Kępskiej pojechaliśmy do Głębokiej - i tu kolejne moje zdziwienie, bo w ogóle nie wiedziałem, gdzie to jest. Słyszałem o tej miejcowości, kiedy przygotowywałem listę, ale nie zastanawiałem się nigdy, gdzie leży ona dokładnie. I w sumie dobrze - taki miał być też cel tych wycieczek - poznać lepiej swój region.
W Głębokiej chwilę pobłądziliśmy, ale ostatecznie, wypytawszy tubylców, pojechaliśmy drogą na Wójtową.
W Wójtowej krótki, rzec by się chciało, techniczny postój, i już drogą przez Libuszę-Ogniwo kierowaliśmy się na Kobylankę. Jako że mostek koło mnie jest w remoncie, pojechaliśmy z Przemkiem za parkiem, by rozstać się na Rozboju, gdzie każdy miał już, żeby było sprawiedliwie, kawałeczek pod górkę, i sporo z górki.
W tym tygodniu muszę postarać się bardziej, bo końcówka zeszłego tygodnia to nieszczególnie obfitowała w jakieś osiągnięcia... Oczywiście najważniejsze są praktyki, w międzyczasie wypadły mi też uroczystości rodzinne i wyjścia z rodzicami, ale z drugiej strony, jak to mówią: kto chce - szuka sposobu, kto nie chce - wymówek; także moje sumienie nie jest do końca czyste, kajam się więc grzecznie!
Bo wiecie co? Odpuszczanie sobie wcale nie czyni człowieka szczęśliwszym, no, może na pięć minut pozwala mu czuć zadowolenie, ale nie szczęście. W dłuższej perspektywie jednak przytłacza. Trzeba o siebie walczyć, czasy takie, że walczyć trzeba każdego dnia! A niby spokojne...
Bo to uczucie, gdy człowiek idzie spać taki zmęczony, ale spełniony... Ono jest bezcenne! I ja dzisiaj takie mam. Właśnie dlatego warto!
Dobranoc.
piątek, 5 lipca 2013
Chill
Wczorajszy i dzisiejszy dzień na praktykach minęły mi bardzo szybko, i bardzo fajnie - widziałem sporo nowych rzeczy, wiele się nauczyłem, no i ogólnie jestem zadowolony. Przede wszystkim podoba mi się atmosfera szpitala, cały czas coś się dzieje, i rzeczywiście chory jest ciągle w centrum uwagi. Od poniedziałku sami już będziemy wykonywać coraz to więcej rzeczy, i tak systematycznie, aż do końca praktyk.
Przede wszystkim - byliśmy z Alą wczoraj na bloku, na wkłuciu centralnym do żyły podobojczykowej. Nie jest to może jakiś nazbyt skomplikowany zabieg, ale sam fakt bycia na bloku operacyjnym to dla mnie duże przeżycie - w końcu to mój pierwszy raz! Te jednorazowe kitle, czepek, maseczka, a nawet sterylne buty - to wszystko ma swój urok i czar, który docenić potrafią chyba tylko poryci studenci medycyny.
Po praktykach poszliśmy z Alą na basen i popływaliśmy trochę.
http://www.endomondo.com/workouts/211861170/4068443
Popołudniu jeszcze siedzieliśmy na boisku na Hallera z kumplami, zwłaszcza dawno nie widziałem Radka i Lula. Zawsze to się człowiek dowie czegoś nowego, pośmieje, posiedzi, pogra w kosza, albo chociaż popatrzy, jak inni grają (żeby tradycji stało się za dość).
A dzisiaj? Można powiedzieć, obijałem się, choć to chyba nie do końca oddaje istotę zjawiska. Trochę pomagałem w domu, trochę czytałem National Geographic; generalnie wróciłem od babci, i rower został u niej w piwnicy, co nieco pokrzyżowało mi plany i przesunęło zdobycie kolejnych miejscowości na następne dni.
Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - właściwie to potrzebowałem takiego dnia jak dzisiaj, bo odkąd zaczęła się sesja, uczyłem się dość ostro, potem dwa dni świętowałem, by zaraz potem od razu wsiąść na rower, biegać na siłownię, pływać, a na takie prawdziwe wyciszenie nie miałem jeszcze czasu... Do dzisiaj.
Jutro idziemy na chrzciny córeczki kuzynki, co wypadło dość nagle, stąd moje plany cały czas ulegają zmianom. Jedno wiem na pewno - na nudę nie narzekam!
Dzisiaj jestem bardzo senny, bo mimo, że chodzę spać wcześnie, to mój organizm nie jest przyzwyczajony do wstawania przed szóstą. A szkoda. Bo jak się tak rano wstanie, to się ma w zanadrzu cały dzień, nie to, co po jedenastej w południe - wtedy czas ucieka tak szybko...
Jutro chcę zrobić na rowerze chociaż kilkanaście kilometrów, ale przede wszystkim muszę posprzątać w domu, wreszcie do czegoś się przydać.
Andrzej mówił, że jak wróci do Sękowej, to będziemy jeździć na tych rowerach razem - mam nadzieję, że to wiążąca deklaracja, bo go już nie widziałem wieki całe, a zawsze to lepiej spędzać czas w dobrym towarzystwie.
Kupiłem też nareszcie mapę Beskidu Niskiego, bo to grzech był mój przeogromny, że mieszkam tu, a nawet mapy porządnej nie mam... Muszę zaplanować jakiś fajny szlak, bo w przyszły weekend wybieramy się z przyjaciółmi na wędrówkę z Gorlic do Klimkówki zwieńczoną takim prawdziwym harcerskim ogniskiem, jakiego dawno nie było - to także w ramach HO.
No to następny tydzień się zapowiada naprawdę ciekawie!
W sumie to szpital i praktyki wciągają mnie, podporządkowuję im swój rytm dnia i wszystkie zajęcia. Dostaliśmy od siostry oddziałowej ciekawy skrypt, taką esencję postępowania na oddziale chirurgicznym - pożyczyłem ją na weekend do domu, także oprócz chrzcin i roweru czeka mnie także ciekawa i pożyteczna lektura.
No i muszę bezwzględnie zamienić słodycze na owoce... Słodkie napoje już olałem, zamiast nich wypijam teraz dziennie minimum 1,5 litra niegazowanej wody, co w upały sprawdza się doskonale. Tak... Nadmiar cukru to wcale nie jest nic dobrego, prawda rectusie adiposusie?
Przede wszystkim - byliśmy z Alą wczoraj na bloku, na wkłuciu centralnym do żyły podobojczykowej. Nie jest to może jakiś nazbyt skomplikowany zabieg, ale sam fakt bycia na bloku operacyjnym to dla mnie duże przeżycie - w końcu to mój pierwszy raz! Te jednorazowe kitle, czepek, maseczka, a nawet sterylne buty - to wszystko ma swój urok i czar, który docenić potrafią chyba tylko poryci studenci medycyny.
Po praktykach poszliśmy z Alą na basen i popływaliśmy trochę.
http://www.endomondo.com/workouts/211861170/4068443
Popołudniu jeszcze siedzieliśmy na boisku na Hallera z kumplami, zwłaszcza dawno nie widziałem Radka i Lula. Zawsze to się człowiek dowie czegoś nowego, pośmieje, posiedzi, pogra w kosza, albo chociaż popatrzy, jak inni grają (żeby tradycji stało się za dość).
A dzisiaj? Można powiedzieć, obijałem się, choć to chyba nie do końca oddaje istotę zjawiska. Trochę pomagałem w domu, trochę czytałem National Geographic; generalnie wróciłem od babci, i rower został u niej w piwnicy, co nieco pokrzyżowało mi plany i przesunęło zdobycie kolejnych miejscowości na następne dni.
Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - właściwie to potrzebowałem takiego dnia jak dzisiaj, bo odkąd zaczęła się sesja, uczyłem się dość ostro, potem dwa dni świętowałem, by zaraz potem od razu wsiąść na rower, biegać na siłownię, pływać, a na takie prawdziwe wyciszenie nie miałem jeszcze czasu... Do dzisiaj.
Jutro idziemy na chrzciny córeczki kuzynki, co wypadło dość nagle, stąd moje plany cały czas ulegają zmianom. Jedno wiem na pewno - na nudę nie narzekam!
Dzisiaj jestem bardzo senny, bo mimo, że chodzę spać wcześnie, to mój organizm nie jest przyzwyczajony do wstawania przed szóstą. A szkoda. Bo jak się tak rano wstanie, to się ma w zanadrzu cały dzień, nie to, co po jedenastej w południe - wtedy czas ucieka tak szybko...
Jutro chcę zrobić na rowerze chociaż kilkanaście kilometrów, ale przede wszystkim muszę posprzątać w domu, wreszcie do czegoś się przydać.
Andrzej mówił, że jak wróci do Sękowej, to będziemy jeździć na tych rowerach razem - mam nadzieję, że to wiążąca deklaracja, bo go już nie widziałem wieki całe, a zawsze to lepiej spędzać czas w dobrym towarzystwie.
Kupiłem też nareszcie mapę Beskidu Niskiego, bo to grzech był mój przeogromny, że mieszkam tu, a nawet mapy porządnej nie mam... Muszę zaplanować jakiś fajny szlak, bo w przyszły weekend wybieramy się z przyjaciółmi na wędrówkę z Gorlic do Klimkówki zwieńczoną takim prawdziwym harcerskim ogniskiem, jakiego dawno nie było - to także w ramach HO.
No to następny tydzień się zapowiada naprawdę ciekawie!
W sumie to szpital i praktyki wciągają mnie, podporządkowuję im swój rytm dnia i wszystkie zajęcia. Dostaliśmy od siostry oddziałowej ciekawy skrypt, taką esencję postępowania na oddziale chirurgicznym - pożyczyłem ją na weekend do domu, także oprócz chrzcin i roweru czeka mnie także ciekawa i pożyteczna lektura.
No i muszę bezwzględnie zamienić słodycze na owoce... Słodkie napoje już olałem, zamiast nich wypijam teraz dziennie minimum 1,5 litra niegazowanej wody, co w upały sprawdza się doskonale. Tak... Nadmiar cukru to wcale nie jest nic dobrego, prawda rectusie adiposusie?
środa, 3 lipca 2013
Prawdziwy początek praktyk
Dzisiaj tak naprawdę zaczęliśmy praktyki. I co? Niby fajnie, ale wiem, że mógłbym zrobić więcej. To cholerne uczucie widzieć, że na tym oddziale jest tyle pracy, a wie się jeszcze tak mało, i potrzebuje się jeszcze rady kogoś starszego, mądrzejszego... Naturalnie panie są bardzo miłe i chcą wszystko nam pokazywać, lekarze, choć z nimi mieliśmy mniejszą styczność, też wydają się być sympatyczni i z tego, co wiem, nie skąpią wiedzy nowym adeptom medycyny, ale to jeszcze nie było dzisiaj. No cóż. Jutro będzie lepiej, bo jutro moja i Ali kolej na jeżdżenie z pacjentami na badania.
Niestety dzisiaj musiałem sobie odpuścić siłownię i rower. Dostałem takiego kataru siennego, że ledwo oddychałem, ciężko byłoby mi więc cokolwiek zrobić... Poza tym ręce bolą mnie jeszcze po wczorajszym pływaniu i po poniedziałkowej siłowni, ale to akurat dobry ból - ból zwycięstwa, lub, jak kto woli, po prostu fizjologiczna reakcja pozrywanych włókienek mięśniowych.
A tak właśnie wyglądam w fartuchu. Takie tam - na tle szpitalnych szafek.
Medycyna wciąga, bez kitu. Nawet takie zwykłe pielęgniarskie zabiegi ciekawsze są od niejednej książki, z której korzystaliśmy w ciągu tego roku akademickiego. Oczywiście rozumiem, albo może chcę wierzyć w to, że spora część rzeczy, których się uczyliśmy, i których jeszcze uczyć się będziemy, przyda nam się w przyszłości, ale sam kontakt z pacjentem to zupełnie inna bajka. Miałem do wczoraj taką natrętną myśl: "A co będzie, jeśli mi się to nie spodoba? A co jeśli pomyślę sobie, że to nie dla mnie?". Tak się na szczęście nie stało. Pierwszy dzień za mną, wrażenia jak najbardziej pozytywne, i przeświadczenie, że szpital to miejsce dla mnie, nader wyraźne.
Widziałem się z Jaśkiem, Komendantem naszego gorlickiego hufca wkrótce po praktykach. Pogadaliśmy o obozie i nie tylko, a po krótkiej chwili Johny stwierdził, że jestem nawiedzony na punkcie tej medycyny - coś w tym może i jest. To wynika właśnie z tego wciągania - jak sobie pomyślę, ile jest jeszcze rzeczy, których nie wiem, to aż chce mi się czytać, dowiadywać... Stwierdziłem, że wygodniej będzie mi chodzić na praktyki od babci i wziąłem ze sobą... Adama Bochenka! Tak, nie mając grama poprawki w wakacje, będę uczył się anatomii - wiem, że moja z niej wiedza jest niewystarczająca. Będę się więc uczył dla własnej ambicji i satysfakcji, ale przede wszystkim, żeby być w przyszłości w porządku wobec pacjenta.
No i co? Udało się też wyciągnąć gitarę! Się Lidka doczekała, a nienastrojona była okropnie... Chwilę zajęło mi przywrócenie jej do jako-takiego stanu używalności, a potem przećwiczyłem kilka prostszych piosenek na podstawowych chwytach. Wkrótce przyjdzie czas na trudniejsze rzeczy.
Mimo wszystko zmęczony jestem total... Chyba nie zrobię dzisiaj tego błędu, co wczoraj, i nie będę siedział do późna, tylko położę się wcześnie spać. Z drugiej strony jednak lipcowy numer National Geographic to kusząca alternatywa...
Niestety dzisiaj musiałem sobie odpuścić siłownię i rower. Dostałem takiego kataru siennego, że ledwo oddychałem, ciężko byłoby mi więc cokolwiek zrobić... Poza tym ręce bolą mnie jeszcze po wczorajszym pływaniu i po poniedziałkowej siłowni, ale to akurat dobry ból - ból zwycięstwa, lub, jak kto woli, po prostu fizjologiczna reakcja pozrywanych włókienek mięśniowych.
A tak właśnie wyglądam w fartuchu. Takie tam - na tle szpitalnych szafek.
Medycyna wciąga, bez kitu. Nawet takie zwykłe pielęgniarskie zabiegi ciekawsze są od niejednej książki, z której korzystaliśmy w ciągu tego roku akademickiego. Oczywiście rozumiem, albo może chcę wierzyć w to, że spora część rzeczy, których się uczyliśmy, i których jeszcze uczyć się będziemy, przyda nam się w przyszłości, ale sam kontakt z pacjentem to zupełnie inna bajka. Miałem do wczoraj taką natrętną myśl: "A co będzie, jeśli mi się to nie spodoba? A co jeśli pomyślę sobie, że to nie dla mnie?". Tak się na szczęście nie stało. Pierwszy dzień za mną, wrażenia jak najbardziej pozytywne, i przeświadczenie, że szpital to miejsce dla mnie, nader wyraźne.
Widziałem się z Jaśkiem, Komendantem naszego gorlickiego hufca wkrótce po praktykach. Pogadaliśmy o obozie i nie tylko, a po krótkiej chwili Johny stwierdził, że jestem nawiedzony na punkcie tej medycyny - coś w tym może i jest. To wynika właśnie z tego wciągania - jak sobie pomyślę, ile jest jeszcze rzeczy, których nie wiem, to aż chce mi się czytać, dowiadywać... Stwierdziłem, że wygodniej będzie mi chodzić na praktyki od babci i wziąłem ze sobą... Adama Bochenka! Tak, nie mając grama poprawki w wakacje, będę uczył się anatomii - wiem, że moja z niej wiedza jest niewystarczająca. Będę się więc uczył dla własnej ambicji i satysfakcji, ale przede wszystkim, żeby być w przyszłości w porządku wobec pacjenta.
No i co? Udało się też wyciągnąć gitarę! Się Lidka doczekała, a nienastrojona była okropnie... Chwilę zajęło mi przywrócenie jej do jako-takiego stanu używalności, a potem przećwiczyłem kilka prostszych piosenek na podstawowych chwytach. Wkrótce przyjdzie czas na trudniejsze rzeczy.
Mimo wszystko zmęczony jestem total... Chyba nie zrobię dzisiaj tego błędu, co wczoraj, i nie będę siedział do późna, tylko położę się wcześnie spać. Z drugiej strony jednak lipcowy numer National Geographic to kusząca alternatywa...
wtorek, 2 lipca 2013
Bartne
Wczoraj, jak rozmawiałem z Michałem, to aż nie wiedziałem, jak się czuję - ambiwalencja total - jego prakty są obłędne, nie wiem, do cholery, dlaczego nie wpadłem na to, żeby wybrać OIOM? Cieszę się, że mu się wiedzie, ale z drugiej strony zazdroszczę strasznie, bo jest czego - każdy przecież chce zobaczyć jak najwięcej. Poszedłem zatem spać z minorowym nastrojem, ale dzisiaj w szpitalu to w sumie mi przeszło. Owszem, nie zrobiliśmy niczego konkretnego, właściwie porozmawialiśmy tylko z naszą oddziałową, ale wiem już wszystko, i chyba się co do niej nie myliłem - jest naprawdę sympatyczna, zorganizowana, i ułożyła nam bardzo fajny program praktyk: od małych rzeczy, do większych. Ci, którzy będą ciekawi chirurgii, a ja się do takich zaliczam, będą mogli wejść na blok, pooglądać trudniejsze zabiegi, być może nawet wykonać prostsze czynności. Na pewno nauczymy się wstrzyknięć dożylnych, domięśniowych, podskórnych, pobierania krwi, i jeszcze paru innych rzeczy - nawet nie zapamiętałem wszystkiego. Tak czy owak, zapowiada się na to, że będzie lepiej, niż się spodziewałem; może nie idealnie, ale mam plan: od jutra będę pytać, pytać, pytać; dowiadywać się jak najwięcej. Ponoć lekarze chętni są do przekazywania nam wiedzy, często nawet wychodzą z inicjatywą, więc... Trzeba korzystać!
A po praktyce poszedłem na basen. Zaplanowałem sobie przepłynąć 500 m, tak na początek, a udało się zrobić drugie tyle - 1000 m (750 m żabką, 250 m na grzbiecie) - jestem więc z siebie bardzo zadowolony.
http://www.endomondo.com/workouts/210688973/4068443
Odpocząłem, zjadłem u babci obiad, przetestowaliśmy nowy ekspres do kawy, który dostali z dziadziem w prezencie na 45-lecie ślubu, a popołudniu, przed siedemnastą, wyjechałem do Bartnego razem z Sitą.
http://www.endomondo.com/workouts/210917195/4068443
Udało się zatem zaliczyć kilka kolejnych miejscowości - Sękową, Ropicę Górną, Bodaki i Bartne. Siary zaliczyliśmy już w niedzielę, ale dzisiaj dopiero zrobiłem zdjęcie tabliczki. Przez całe przejeżdżaliśmy w niedzielę, dzisiaj właściwie tylko skręciliśmy w Kochanowskiego przed wjazdem do nich. Zrobiłem zdjęcie tabliczki "od zewnątrz" i zdjęcie muru, na którym stoi pałacyk - pałacyku nie udało mi się jadąc uchwycić, a nie zatrzymywałem się w tym akurat miejscu.
Sękowa. Przez Sękową tylko przejeżdżaliśmy, nie licząc postoju na Prince Polo. Udało mi się uchwycić kościół, ten młodszy, i tabliczkę z nazwą miejscowości.
Właściwie powinienem umieszczać te zdjęcia w kolejności od Bartnego do Gorlic, bo robiłem je w drodze powrotnej, ale trudno już... Niech najlepsze zostanie na koniec!
Oczywiście nie mogło zabraknąć foci z rąsi.
Po Sękowej Ropica Górna. W Ropicy Górnej rzeka, cerkiew i nowy most, który mógłby reklamować fundusze europejskie - tak mi się przynajmniej kojarzy.
Dalej w drodze do Bartnego jedziemy przez Bodaki. I tu zdziwiłem się, bo zawsze wydawało mi się, że ta miejscowość leży zupełnie gdzie indziej. Tymczasem to właśnie tu - zatem wyprawa miała też walory edukacyjne!
Na zdjęciu cerkiew w Bodakach i tabliczki na pograniczu Bodaków i Ropicy Górnej.
I wreszcie - upragnione, wymarzone, wyczekane - Bartne!
Czymże jednak byłaby jazda samemu? Dziękuję Sita za towarzystwo! ;*
O - jeszcze jedno zdjęcie, zrobione w samym Bartnem, z zamysłem: "Tym razem nie z ręki, tym razem nie z ręki!" - oto i ono.
To kolejny naprawdę dobry dzień. Oby tak dalej! Tymczasem zmykam pod prysznic, a później do umywalki - ćwiczyć jeszcze profesjonalne mycie rąk. I tak właśnie leci... Byle do przodu!
A po praktyce poszedłem na basen. Zaplanowałem sobie przepłynąć 500 m, tak na początek, a udało się zrobić drugie tyle - 1000 m (750 m żabką, 250 m na grzbiecie) - jestem więc z siebie bardzo zadowolony.
http://www.endomondo.com/workouts/210688973/4068443
Odpocząłem, zjadłem u babci obiad, przetestowaliśmy nowy ekspres do kawy, który dostali z dziadziem w prezencie na 45-lecie ślubu, a popołudniu, przed siedemnastą, wyjechałem do Bartnego razem z Sitą.
http://www.endomondo.com/workouts/210917195/4068443
Udało się zatem zaliczyć kilka kolejnych miejscowości - Sękową, Ropicę Górną, Bodaki i Bartne. Siary zaliczyliśmy już w niedzielę, ale dzisiaj dopiero zrobiłem zdjęcie tabliczki. Przez całe przejeżdżaliśmy w niedzielę, dzisiaj właściwie tylko skręciliśmy w Kochanowskiego przed wjazdem do nich. Zrobiłem zdjęcie tabliczki "od zewnątrz" i zdjęcie muru, na którym stoi pałacyk - pałacyku nie udało mi się jadąc uchwycić, a nie zatrzymywałem się w tym akurat miejscu.
Sękowa. Przez Sękową tylko przejeżdżaliśmy, nie licząc postoju na Prince Polo. Udało mi się uchwycić kościół, ten młodszy, i tabliczkę z nazwą miejscowości.
Właściwie powinienem umieszczać te zdjęcia w kolejności od Bartnego do Gorlic, bo robiłem je w drodze powrotnej, ale trudno już... Niech najlepsze zostanie na koniec!
Oczywiście nie mogło zabraknąć foci z rąsi.
Po Sękowej Ropica Górna. W Ropicy Górnej rzeka, cerkiew i nowy most, który mógłby reklamować fundusze europejskie - tak mi się przynajmniej kojarzy.
Dalej w drodze do Bartnego jedziemy przez Bodaki. I tu zdziwiłem się, bo zawsze wydawało mi się, że ta miejscowość leży zupełnie gdzie indziej. Tymczasem to właśnie tu - zatem wyprawa miała też walory edukacyjne!
Na zdjęciu cerkiew w Bodakach i tabliczki na pograniczu Bodaków i Ropicy Górnej.
I wreszcie - upragnione, wymarzone, wyczekane - Bartne!
Czymże jednak byłaby jazda samemu? Dziękuję Sita za towarzystwo! ;*
O - jeszcze jedno zdjęcie, zrobione w samym Bartnem, z zamysłem: "Tym razem nie z ręki, tym razem nie z ręki!" - oto i ono.
To kolejny naprawdę dobry dzień. Oby tak dalej! Tymczasem zmykam pod prysznic, a później do umywalki - ćwiczyć jeszcze profesjonalne mycie rąk. I tak właśnie leci... Byle do przodu!
Subskrybuj:
Posty (Atom)















