Blogo-motywator i przede wszystkim pamiętnik z wakacji pewnego studenta medycyny. Twór wysycony nadzieją na spełnienie wakacyjnych planów, okraszony dozą mniej lub bardziej głębokich refleksji, podany ze szczyptą autoironii.
Emila zapytała mnie kiedyś w komentarzach - a było to już dawno, dawno temu - czy mógłbym powołać do życia Anatomię zimy, kiedy to nie ma tyle nauki, są ferie, i dzieje się coś ciekawszego, niż zazwyczaj. I tak ten pomysł kiełkował we mnie dniami i miesiącami, a ja tymczasem nic nie pisałem, i nic nie pisałem...
Jutro Dzień Myśli Braterskiej - wszyscy harcerscy znajomi ustawiają na Facebooku jakieś fajne branżowe zdjęcia profilowe, i tak w poszukiwaniu jakiegoś korzystnego dla siebie, uruchomiłem dysk zewnętrzny, a tam... masa zdjęć, które nie widziały jeszcze światła dziennego, i związanych z nimi historii!
Umówmy się - te wakacje, jeśli chodzi o stawianie sobie wyzwań, nie były dla mnie tak owocne jak poprzednie, ale... nie mogę przecież spisać ich na straty!
Część 1. Anatomii zimy będzie więc o lecie - o naszej wyprawie rowerowej. Jej trasę prześledzić można tutaj:
Z Dominikiem znam się od przysłowiowego gówniarza, bo jeszcze sprzed pierwszej podstawówki. Potem 9 lat w jednej klasie, 3 w jednym liceum, i tak jakoś - do dzisiaj.
Marcina poznałem natomiast półtora roku temu, na wyprawie rowerowej nad morzem, i to dzięki osobom, z którymi raczej się już nie kumplujemy. I tak jakoś zgrały się te nasze głupie charaktery, że lubimy się, śmiejemy się z tych samych głupich rzeczy, i mimo tego, że zupełnie inni - utrzymujemy cały czas kontakt.
Ale! O wyprawie. Zaczęliśmy od Gorlic, i podziwiając Beskid Niski, z międzylądowaniem (między-kąpaniem?) w Klimkówce dojechaliśmy do Wysowej na pierwszy nocleg. Nigdy nie zapomnę nawałnicy, jaka się przetoczyła wtedy nad nami w nocy...
Drugiego dnia przekroczyliśmy polsko-słowacką granicę i, pokonując kolejne pi... piękne górki, udaliśmy się w stronę jeziora Domasza.
Niestety - tego dnia pogoda zdecydowanie nie była naszym sprzymierzeńcem...
Na dodatek opona w rowerze Marcina co chwilę płatała nam figle, i średnio dwa razy dziennie musieliśmy zatrzymywać się i poświęcać jej czas, co wyglądało mniej więcej tak:
Jak się o tym teraz myśli, to człowiek tylko się śmieje, ale wtedy... Krew nas zalewała. Pamiętam, że jadąc, powtarzałem sobie: Nigdy więcej! A teraz? Już tęsknię za jazdą i nie mogę doczekać się nadchodzącego wiosennego sezonu! Zresztą - te miny mówią przecież, że nie było chyba aż tak źle?
Na Słowacji zatrzymywaliśmy się na kempingu nad Domaszą, potem gdzieś w okolicach Lenartowa na prywatnej posesji przy restauracji, w której jedliśmy kolację, a potem, już w Polsce, w Czorsztynie, gdzie udało nam się skorzystać z promocji na prysznic. :)
W przedsięwzięciach takich, choćby tak amatorskich jak ta wyprawa, wszystkie trudy zawsze wynagradzają widoki. Większość poniższych zdjęć to, z tego, co pamiętam, dzieło Dominika, któremu - muszę to przyznać - dobrej ręki do zdjęć odmówić nie można!
Generalnie teren do jazdy wybraliśmy sobie o wiele trudniejszy, niż rok wcześniej - ciągłe podjazdy dawały się we znaki. Ostatecznie jednak dobrnęliśmy do końca, który - to trzeba przyznać - nastąpił nieco wcześniej, niż założyłem. Pierwotnie chciałem, żeby wyprawa trwała 10 dni i kończyła się na Śląsku Cieszyńskim (a konkretnie - w Cieszynie właśnie), ale ciągłe usterki, niska liczebność grupy, mój zbliżający się egzamin poprawkowy z fizjologii i momentami niekoniecznie najwyższe morale przesądziły o wcześniejszym zakończeniu. I tak z Nowego Targu Marcin pojechał do Warszawy, a my z Dominikiem - do Gorlic.
A dziś? Dzisiaj przyjechali do mnie na Śląsk rodzice, bo od środy jest tu ze mną mój brat, Miłosz. I tak sobie jeździmy tu i tam. :) Zdaję sobie sprawę, że to co teraz opisuję może być dla kogoś śmieszną błahostką, bo nie są to wielkie podróże, ale... Tak krawiec kraje, jak mu materii staje - to raz. Na wielkie podróże jeszcze przyjdzie czas - to dwa. I tak jest fajnie - to trzy, a może nawet przede wszystkim? :)
A oto fragment z Kodeksu Wędrowniczego:
Wędrownik - stale uprawia
wędrówki, wędruje w zimie, w lecie, na wsi, w mieście, tropi miejsca, gdzie
może być pożyteczny. Drogę jego wędrówki wyznaczają wartości zawarte w Prawie i
Przyrzeczeniu Harcerskim.
W tym coś jest, i jak się tego bakcyla złapie, to już to potem w człowieku siedzi.
Tak... Chyba tym harcerskim akcentem przyjdzie mi zakończyć, i z okazji zbliżającego się, jutrzejszego Dnia Myśli Braterskiej, życzyć wszystkiego dobrego wszystkim - tak harcerzom, jak i nie-harcerzom, ex-harcerzom i wszystkim innym! :)
Do napisania - bo skoro jest 1. część, to wypadałoby napisać i drugą! :)
Dziwnie trochę tego roku... Za chwilę kończy się lipiec, a ja tak średnio czuję, że są wakacje... I chociaż byłem nad morzem, chociaż mogę spać dłużej i nie uczę się jeszcze (dopiero zaczynam czytać tę fizjologię), to jakoś tak inaczej, niż rok temu o tej porze...
W związku z powyższym trudniej nieco o motywację. Ale już z górki. Za dwa tygodnie wyjeżdżamy na wyprawę rowerową, więc w niedzielę Dominik wyciągnął mnie na rowerze na dość fajną trasę na rozruszanie się. I, powiem szczerze, na początku przeraziłem się swoją kondycją... Studia medyczne nie są idealnym miejscem dla osób aktywnych, ale, na szczęście, w wakacje zawsze można nadrobić.
Niedzielna trasa przebiegała tak (odpowiednie miejscowości wykreśliłem z Wyzwania lata):
Zegarek Garmina spisuje się jak trzeba, polecam każdemu, zwłaszcza prześledzić aukcje na eBayu i kupić używany. Ja za swój, z przesyłką z USA, zapłaciłem ok. 150 zł! :)
Na siłownię chodzę trzy razy w tygodniu - poniedziałek, środa, piątek. Na razie, w tym i następnym tygodniu, robię ćwiczenia obwodowe wg programu z Men's Health, a po wyprawie będę robił ćwiczenia na poszczególne partie.
A dzisiaj Dominik pojechał wybadać, jak się sprawy mają na Klimkówce - windsurfing, kajaki, rowerki wodne; czemu nie? Dobrze, że coś tam się dzieje, bo okolica jest piękna.
Jak słusznie zauważył Michał, coraz więcej tych blogów, zwłaszcza sportowych - ale to chyba dobrze? :) Nie jestem osamotniony w tym medycznym popędzie do aktywności fizycznej (w moim przypadku - szczególnie wakacyjnym); moje koleżanki z roku także prowadzą blogi o podobnej jak Anatomia lata tematyce - zapraszam do nich! :)
Tak jeszcze nie było, żebym się wieczorem 21 lipca przymierzał do rozpoczęcia wakacji...
Nie znaczy to, oczywiście, że te dwa i pół tygodnia, które upłynęły od 3 lipca, od ostatniego egzaminu, były czasem straconym! Ale tak naprawdę wielkie plany zaczynają się właśnie teraz.
Rozprostowałem już i wygrzałem kości w Gdańsku, gdzie przez przeszło tydzień byliśmy z rodzicami u naszych przyjaciół. Pogoda przez większą część czasu była znakomita, jak nie nad Bałtykiem. Mimo początkowej mojej niechęci wczasy udały się i wypocząłem.
A teraz coś, na co czekałem cały rok - ruch, bo ruch to zdrowie. Jutro wybieramy się z Dominikiem na Biorytm, popołudniu może jakiś rower, a potem może zacznę już coś z fizjologią? Znalazłem specjalne wydanie Men's Health z gotowym planem treningowym i atlasem ćwiczeń dla takich, jak ja właśnie, i najwyższa pora zacząć systematyczne treningi.
Już za nieco ponad trzy tygodnie kolejna wyprawa rowerowa. Tym razem organizuję ją sam, więc pora łapać kondycję, żeby nie skompromitować się na trasie! To trochę blisko poprawki z fizjologii, ale powiedziałem, że choćby skały srały - i tak pojadę! A wyjeżdżamy z Beskidu Niskiego, i przez Słowację i Pieniny, częściowo Czechy, finiszujemy na Śląsku Cieszyńskim.
W ramach przygotowań w te wakacje musi udać się zaliczyć na rowerze wszystkie miejscowości powiatu - Wyzwanie lata 2014 na tapecie!
Dobrze - coś dla ciała. A dla umysłu? Poprawka z fizjologii, już 2 września. A potem kolejny miesiąc wakacji. W sumie dobrze, że tak się stało, liczyłem się z taką możliwością i podświadomie wiedziałem, że wyjdzie mi to na dobre, choć, oczywiście, każdy wolałby mieć wszystko zaliczone... Ale z trzech egzaminów, które mieliśmy w sesji, najlepiej było uwalić właśnie fizjologię (najprostszy z egzaminów!), bo to, czego się teraz na spokojnie i bez przymusu nauczę, przyda mi się potem.
Dobrze byłoby też zdążyć przerobić taką fajną małą książeczkę, którą kupiłem sobie kiedyś do nauki hiszpańskiego, no i poćwiczyć co nieco na gitarze...
Tak się sprawy mają na chwilę obecną. Wakacje to naprawdę mój czas - mam zamiar wykorzystać go w stu procentach, więc... Biorę się do roboty! :)
Tak śpiewała kiedyś Beata Kozidrak. A potem szła - piechotą do lata. I rzeczywiście, bzy z naszego ogródka czuć jak tylko otworzy się drzwi w pokoju Szczepana.
Próbuję się w sobie zebrać, i za siebie zabrać. Może tak naprawdę potrzebuję do tego właśnie takiego "motywatora", jakim był dla mnie w wakacje ten blog? To był dla mnie złoty czas - co dzień w ruchu, a teraz, mimo, że pamiętam dobrze, jaką mi to wtedy sprawiało satysfakcję, dzień ucieka za dniem, i tak o, nic się nie zmienia...
(Jeśli o pisanie chodzi, również wyszedłem chyba z wprawy, bo Servus medicus stoi w miejscu, a ten mój leciwy już blog na hasło dawno mnie nie uświadczył...)
Ale! Dzisiaj na takie właściwe rozpoczęcie sezonu rowerowego, i na początek przygotowań kondycyjnych przed wyprawą, przejechałem się tam i z powrotem do Świętochłowic, odbierając przy okazji książkę o fotografii od jakiegoś uprzejmego człowieka, który robił chyba porządki w swoich rzeczach.
Może właśnie to jest ten moment, że to moje lenistwo i nieróbstwo wreszcie przeważy jakąś szalę, i wreszcie czara goryczy się przeleje? Ostatecznie ten semestr nie jest taki ciężki... Ciężka to będzie dopiero sesja...
Tymczasem czekam na lato. Nawet Śląsk skąpany w słońcu i młodej zieleni prezentuje się całkiem uczciwie.
Ponoć złość piękności szkodzi... Cóż - jako, że nie mam w tej materii nic do stracenia, złoszczę się dzisiaj cały dzień. A jest o co!
Zaplanowałem, że wybierzemy się dzisiaj na rower, na dwa dni. Trasa bardzo fajna i ciekawa (dzień pierwszy: http://www.endomondo.com/routes/246239374, dzień drugi: http://www.endomondo.com/routes/246609046). Naprawdę cieszyłem się jak głupi, wierzyłem, że dziś i jutro będzie pogoda, choć wszyscy podchodzili do tego mega sceptycznie. Wypożyczyłem klucze do domku w Wysowej do taty z pracy i co? Poza jednym Dominikiem nikomu się nie chciało nigdzie jechać! A i Dominik wyjechać mógł dopiero późnym popołudniem, więc cały plan wziął w łeb... Bo co to za frajda jechać samemu?
Ja nie wiem... Potem płaczą wszyscy - a to, że się nudzą, a to, że nie mają perspektyw, planów, możliwości, a to, że nigdzie nie byli, że nic nie widzieli... Może i Beskid Niski to nic nowego - nasze rodzinne strony - ale założę się, że sporo osób mimo wszystko nie było w wielu jego zakątkach! Zresztą - to przecież frajda wyrwać się z domu, zrobić coś ciekawego, korzystać z ostatnich chwil lata... Zawsze można sobie jakoś zorganizować czas, jeśli tylko się chce! Nie każdy ma może szansę, żeby podróżować po świecie, ale losowi trzeba dopomagać, i robić tyle, ile się da, w miarę swoich możliwości. Trzeba korzystać z życia, bo kto wie, ile nam jeszcze zostało. No co? Trzeba, po prostu trzeba coś robić, a nie tylko siedzieć w Internetach i tyć!
CARPE DIEM!!!
Szukając zatem ukojenia dla zszarganych nerwów i alternatywnego zajęcia, wyciągnąłem dzisiaj nareszcie gitarę, i pograłem na niej chyba z godzinę; przypomniałem sobie wszystkie h7i inne cis7, no a przede wszystkim naprawiłem stroik, który nie działał już od jakichś dwóch lat.
Potem ugotowałem sobie obiad. Ostatnio staram się jeść zdrowo, w czym mnie bardzo wspiera mama (czasem wczuwa się aż nazbyt, wciskając we mnie różne dziwne warzywa), ale dzisiaj pozwoliłem sobie na coś wyjątkowo tłustego - na frytki. Frytki te zrobiłem z ziemniaczków od sąsiada, wyszły idealnie chrupkie i idealnie złote, niezbyt słone, tak jak lubię. Do tego zjadłem kaczkę, którą upiekła mi kiedyś mama, i którą przygrzałem tylko w mikrofali. Czymś zdrowszym była natomiast marchewka z groszkiem, którą udusiłem i przygotowałem sobie również sam. Jak na pierwszy raz wyszła cudowna! Nie mam, niestety, zdjęcia - byłem bardzo głodny, podjadałem już przygotowując jedzenie, a kiedy było gotowe, wszystko zjadłem szybko... Liczę więc, że uwierzycie mi na słowo! :)
Żeby nie zaliczać tego dnia do zmarnowanych, pod wieczór skosiłem jeszcze trawę, żeby nie musieć robić tego w przyszłym tygodniu. Dalej mam nadzieję, że może w przyszłym tygodniu ludzie się obudzą i przestaną wreszcie, jak to zwykle mawia Dominik, kisić w domu ogóra... To właściwie ostatni dzwonek - sezon rowerowy nie skończy się być może z początkiem roku akademickiego, ale więcej już w Beskidzie w tym roku nie pojeżdżę, bo rower zabiorę ze sobą do Zabrza.
Dwie powyższe trasy, które ułożyłem, dają mi jeszcze spore szanse na zaliczenie wszystkich miejscowości powiatu w lecie, a więc ukończenie mojego wyzwania.
Powoli zaczynam zastanawiać się, co z moją siłownią będzie w Zabrzu. Czy znajdę odpowiednie miejsce i czas? Bardzo chciałbym... Widzę, jak powolutku zmienia się moje ciało; wbiłem się w odpowiedni rytm, który nakazuje mi ciągle być w ruchu, ciągle coś robić. Podoba mi się to, nie chcę z tego rezygnować wbrew temu, co mówią inni - nawet ci całkiem bliscy. Ostatecznie to moje życie, i tylko ja wiem, jak chcę, żeby wyglądało...
Na koniec, żeby zakończyć pozytywnie, chciałbym tylko wspomnieć, że do świata blogerów dołączyły właśnie dwie moje sympatyczne koleżanki, przyjaciółki - Maria i Emila. Dziewczyny prowadzą bloga Make life Lemko. Życzę im dużo wytrwałości i wielu pomysłów, bo z tego, co widzę do tej pory, zapowiada się naprawdę ciekawie! :)
Wszystkich Was, którzy tu wchodzicie, serdecznie zapraszam w odwiedziny na blogu dziewczyn. Ostatnio dowiedziałem się, że jest Was całkiem sporo - niby mam wgląd w statystyki, ale to tylko bezduszne cyfry, tymczasem okazuje się, że sporo moich z Was jest ze mną wirtualnie, za co wielkie dzięki! :)
A dzisiaj nareszcie pogoda i czas pozwoliły wybrać się na dalszy wyjazd na rowerze - razem z Dominikiem zrobiliśmy dzisiaj prawie 60 km. Mieliśmy niby jechać trasą, o której kiedyś już pisałem, ale wyszło inaczej...
Zamiast skręcić na Zagórzany, już na samym początku pojechaliśmy Mszanką i Moszczenicą w stronę Siedlisk. Cóż... Bez porównania ciężej jeździ się jednak u mnie w Beskidzie, niż nad morzem! Wyskrobać się pod Siedliska czy pod Brzanę - kosztuje to trochę siły, za to warto - frajda ze zjazdu w dół z takiej górki jest nieziemska, a i widoki całkiem-całkiem.
Szkoda, że w Brzanie użądlił Dominika szerszeń, i musieliśmy do Gorlic wracać wcześniej, niż planowaliśmy...
Prawie 9 dodatkowych kilometrów zrobiłem sam, dojeżdżając do Gorlic i wracając z nich.
Wczoraj w Dark Pubie żegnaliśmy się z Moniką, która jutro wyjeżdża już do Białegostoku na studia. Tak się akurat złożyło, że było to pewnie i moje ostatnie na dłuższą chwilę spotkanie z Marią, która jutro również wyjeżdża już na studia, tyle, że do Wrocławia. Nie wiem, czy zobaczymy się przed weselem Anetki. A jeszcze w tym tygodniu chadzaliśmy razem na Biorytm... Za szybko zleciało!
I tak sobie wczoraj posiedzieliśmy z Dominikiem i Sitą jeszcze w mieście, jak nas już dziewczyny zostawiły. Potem przyłączyła się do nas jeszcze Kasia, i w ten oto sposób powstała nazwa naszego patrolu na przyszłotygodniowy GoHaRT - Kurczak, ryż i kontrapunkt. Będzie fajnie, tak czuję. Aż zachciało mi się iść! :)
Wielkimi krokami zbliża się jesień... Noce całkiem już zimne, dni coraz chłodniejsze, na jutro zapowiadają załamanie pogody...
Nie udało się wyjechać w niedzielę na dłuższą trasę - nie było z kim, a ja nie lubię jeździć samemu; nie mam się wtedy nawet do kogo odezwać, średnia to przyjemność... Ale ten jeszcze tydzień na pewno wykorzystam, już ugadywałem się z Ostoją, że machniemy przy ładnej pogodzie te 80 km - może ostatnie w sezonie? Pewnie ostatnie w Beskidzie, bo rower wezmę na Śląsk...
Chociaż nie - prawdę powiedziawszy to mam jeszcze sporo miejscowości do zaliczenia... Kto wie, a może jednak się uda? Jadąc na trasę, którą sobie kiedyś zaplanowałem, zajrzę do sporej części z nich...
Tak w telegraficznym skrócie - co u mnie na sportowo?
W sobotę miałem kilka domowych obowiązków, więc jeśli idzie o sport - cisza. Potem jeszcze mieliśmy gości, w niedzielę też, i tak w sumie zleciał weekend...
Dzisiaj załatwiałem dokumenty w związku ze stypendium i siłownię musiałem przełożyć na jutro, bo termin pili...
Wiem, że bez sensu ten wpis... Trudno. Za to znalazłem coś rewelacyjnego w Internetach:
Genialny jest ten obrazek! Mam go na tapecie u siebie, u babci, i jeszcze w tle na Facebooku.
Wyprawa rowerowa Hel - Rugia - Gdańsk. Tak miało być, a wyszło nieco inaczej. Czy gorzej? Nie sądzę! Było w porządku, z pewnością jest to przygoda, którą zapamiętam na długo.
Po skończonym obozie musiałem dojechać z Przerwanek do Giżycka na dworzec PKP, skąd miałem poranny pociąg do Gdańska. Wiele trudności przysporzyło mi wejście do pociągu z rowerem z zainstalowanymi sakwami, ale ostatecznie - dałem radę.
Tego dnia Piotrek, organizator wyjazdu, zaprosił nas na krótkie zwiedzanie tak ukochanego przeze mnie Gdańska. Na dworzec przyjechał po mnie z Marcinem, człowiekiem, z którym złapałem najlepszy kontakt ze wszystkich na tym wyjeździe. Kiedy już udało nam się wtarabanić windą z tymi objuczonymi rowerami na 2. piętro, rodzice Piotrka ugościli nas obiadem, i w chwilę później wyruszyliśmy.
Tata Piotrka zabrał nas także do Klubu Jachtowego na Górkach Zachodnich, gdzie pracuje. Tam oglądaliśmy jachty, na których kompletnie się nie znam, ale które robią na mnie duże wrażenie.
Późnym wieczorem dojechał do nas jeszcze Wacław. Po przeglądzie rowerów i przepakowaniu się poszliśmy spać.
Rano wstaliśmy, i wyruszyliśmy od Piotrka nad Motławę, skąd promem odpłynęliśmy na Hel, gdzie zacząć się miała nasza wyprawa.
Na Helu zobaczyliśmy latarnię morską, i wyruszyliśmy w stronę Władysławowa. Pogoda była w kratkę, czasem kropiło, czasem nie, ale generalnie nastrój miałem tego dnia bardzo dobry.
Tego dnia byliśmy także pod latarnią w Rozewiu.
Bardzo żałuję, że robiłem tak mało zdjęć. W ogóle, zawsze na wyjazdach popełniam ten kardynalny błąd, że fotografuję przede wszystkim obiekty, krajobrazy - nigdy ludzi. A potem czekam na łaskę innych albo po prostu nie mam zdjęć...
Wieczorem dojechaliśmy do Białogóry na kemping, bo robiło się już ciemno, a nie chcieliśmy jechać w nocy już pierwszego dnia. Tym bardziej zależało nam na zatrzymaniu się, że zbliżała się burza. Kemping - jak się okazało - pierwsza klasa! Aż musiałem zrobić zdjęcia - tak tam było czysto i ładnie, no i to wszystko w rozsądnych pieniądzach - 15 zł za osobę. To dobra miejscówka na kolejne wakacje!
Po ulewnej i wietrznej nocy nastał zimny, ulewny dzień. Zastanawialiśmy się, co robić? Jechać, czy nie jechać? Zwyciężył hart ducha i buńczuczna młodość - postanowiliśmy jechać w deszczu. Nie wszyscy - Wacław zrezygnował, i odłączył się od nas w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach...
Tego dnia nie przejechaliśmy zbyt wielu kilometrów, ale warunki naprawdę nam nie sprzyjały... Cóż - dzień wcześniej debiutowałem z sakwami na tak długim dystansie, a kilkanaście godzin później po raz pierwszy jechałem na rowerze w ulewie.
Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - chociaż zmokliśmy do suchej nitki, to tak widocznie miało być, bo po drodze spotkaliśmy nowego kompana - Jacka. I co? Wymieniliśmy Wacka na Jacka. Jacek tak jak my jechał w stronę Świnoujścia, więc znów była nas czwórka.
Wyjechaliśmy z Białogóry bardzo późno, bo około piętnastej, a gdy już zmierzchało byliśmy dopiero w Główczycach. Zrobiliśmy sobie postój pod sklepem (nie lało już od dobrych 30 km) i zaczęliśmy zastanawiać się co dalej? Naszą rozmowę usłyszał człowiek, który obok tego sklepu mieszkał, i zaprosił nas do swojego ogrodu, byśmy tam rozbili swoje namioty. Skorzystaliśmy i trochę niezadowoleni z pokonanego dystansu zatrzymaliśmy się tam.
Tego dnia naszym celem były Dąbki, gdzie czekały na nas dziewczyny. Do pokonania mieliśmy dość spory dystans, ale i tak nie mogliśmy zmotywować się do wstania przed dziewiątą... Gdy przejeżdżaliśmy przez Ustkę postanowiliśmy zatrzymać się na obiedzie. Jakież było nasze zdziwienie, gdy udało nam się znaleźć pysznego domowego schaboszczaka z ogórkami i ziemniakami, wazą zupy pomidorowej i kompotem za 14 zł... Ten obiad dla zmęczonego człowieka o pustym żołądku był najcudowniejszą rzeczą, jaka nas mogła spotkać! Tego smaku nie zapomnę chyba nigdy.
A w trasie, jak to w trasie - człowiek nie zawsze wygląda wyjściowo, ale bezpieczeństwo przede wszystkim!
Tego dnia przekroczyliśmy granicę województw pomorskiego i zachodniopomorskiego.
Po drodze spotkaliśmy trzech chłopaków z Warszawy - Michała, Konrada i Łukasza. Łukasz miał dziurawą dętkę i Piotrek dał mu nową, a potem jechaliśmy już do Dąbek razem. Jak się później okazało panowie byli całkiem w porządku, i trzymaliśmy się razem aż do Świnoujścia.
Wieczorem dotarliśmy do Dąbek. Tam poznałem Karinę i Anię - dziewczyny, które miały na nas czekać. Na tamtą chwilę przejechany tego dnia dystans był moim życiowym rekordem.
Tego dnia jechaliśmy do Kołobrzegu. Złożyło się akurat tak, że Piotrek z dziewczynami jechał na przedzie, a ja z Jackiem i z Marcinem, który tego dnia miał bóle w kostce, a za nami jechali chłopaki z Warszawy.
Rano zaliczyliśmy pierwszą tegoroczną kąpiel w Bałtyku. Pogoda nie rozpieszczała, ale woda nie była aż tak bardzo zimna, no i przede wszystkim nie padał deszcz.
Za to znaleźliśmy w tych Dąbkach swego rodzaju polski kwiatek... Jechać, czy nie jechać? Oto jest pytanie...
Do Kołobrzegu dojechaliśmy wieczorem - nie bez przygód, bo Jacek ułamał hak od przerzutki, i ostatnie 13 km przejechał holowany przez Marcina. Ja natomiast przejąłem na siebie część bagażu Marcina, i mój rower wyglądał komicznie - prawie tak, jakbym chciał nim wywieźć znajdujące się w tle śmieci.
Mimo wszystko - to był moim zdaniem najśmieszniejszy dzień! Śmialiśmy się z kociołka, który na wyprawę kupił Piotrek; śmialiśmy się do łez właściwie przez cały czas i ze wszystkiego! Ten nadbagaż na moim rowerze tutaj na zdjęciu wygląda jeszcze całkiem-całkiem, natomiast parę kilometrów dalej przekrzywił się o 90° tak, że zahaczyłem nim w pewnym momencie jakąś kobietę, co oczywiście też było powodem do dalszych żartów.
Wieczorem dotoczyliśmy się do Kołobrzegu - ja objuczony, a Marcin holujący Jacka - gdzie czekały na nas dziewczyny i Piotrek. Potem dołączyli do nas Łukasz, Michał i Konrad.
Dzień 5.
Ten dzień postanowiliśmy przeznaczyć na odpoczynek, plażowanie, a przede wszystkim naprawę rowerów.
Niestety, Jacek popełnił ten błąd, że zrezygnował z naprawy roweru... Akurat była sobota, mógł spokojnie to zrobić, a w nerwach kupił już bilet na pociąg do Lublina i nie dało się potem tego odkręcić...
Wieczorem spacerowaliśmy po plaży i natrafiliśmy na pokaz sztucznych ogni. Huk wystrzeliwanych fajerwerk niesiony przez morze to coś, co naprawdę warto przeżyć!
A tak oto wyglądała cała nasza ekipa:
Tego dnia podjęliśmy też decyzję, że nie jedziemy jednak na Rugię - ja nie mogłem sobie na to pozwolić ze względów finansowych, bo nieco przeliczyłem się ze swoimi możliwościami... Poza tym chciałem odpocząć nad morzem, trochę więcej zobaczyć i pozwiedzać, a nie tylko jechać dla samego jechania, bo to mogę mieć przecież i tu, w Gorlicach. Wydaje mi się, że była to racjonalna decyzja, skoro tylko Piotrek postanowił kontynuować wyprawę na Rugię. Mimo wszystko dziękówka dla niego za zorganizowanie całego tego przedsięwzięcia!
Rekord mój absolutny, życiowy - 127 km, i to z sakwami! Cóż, skoro znów lało, i znów byłem do suchej nitki przemoczony, to wolałem już jechać długo, ale wiedzieć, że następnego dnia nie będę musiał już ubierać się w mokre rzeczy. Tym, co mnie wkurzało najbardziej i na wyjeździe rowerowym, i na obozie była wilgoć, wszechobecna wilgoć...
Rano pożegnaliśmy się z Jackiem, który wracał już pociągiem do domu z zepsutym rowerem i żalem do siebie, że jednak nie podjął się naprawy i nie zdobył Wybrzeża. Tego dnia, jak i zresztą poprzedniego, mieliśmy z Marcinem bardzo dobre tempo, a czas traciliśmy głównie na postojach.
Koniecznie zależało mi na zrobieniu sobie zdjęcia przy tabliczce nieopodal miejsca, w którym w tamtym roku byliśmy na obozie.
Niedaleko Mrzeżyna i Rogowa właśnie jest jakaś jednostka wojskowa, którą omija się wytyczoną niedawno trasą rowerową. Tam też właśnie niedaleko znajduje się Pogorzelica, i plaże, które nie są oblegane przez tłumy. W takim miejscu mógłbym wypocząć - bez tego wiecznie trwającego odpustu i wszystkich tych orzeszków w karmelu i tym podobnych gotowanych kukurydz...
Marcin powiedział: ja wiem, że my tam dojedziemy. Nie ważne, że zapadał zmierzch, a do Świnoujścia było jeszcze dobrych 50 kilometrów. Deszcz dopadł nas między Pogorzelicą a Niechorzem. To była dla mnie ostatnia już dawka motywacji, która z pewnością przeważyła i sprawiła, że tym bardziej zależało mi na pokonaniu tego dystansu.
Niestety... Mimo, iż chciałem ze wszystkich sił uniknąć pomyłki, pojechaliśmy zamiast na Bieliki na Karsibory - na przeprawę promową, która znajduje się o wiele dalej od centrum Świnoujścia, a w dodatku nie kursuje w nocy... Tym oto sposobem nadłożyliśmy nieco kilometrów, ale kiedy o 2:20 ostatecznie odbił nasz Bielik na wyspę Uznam, zrobiliśmy sobie zdjęcie zwycięzców - zmęczeni, ale szczęśliwi.
Szybko trafiliśmy na kemping, rozbiliśmy namioty. Potem chcieliśmy znaleźć jeszcze coś ciepłego do zjedzenia. Niestety, skończyło się na hot-dogach... Spóźniłem się nieco na wschód słońca na plaży, ale i tak było pięknie nad morzem zaraz o świcie. Spać położyłem się po piątej rano...
Dzień 7.
Odpoczynek i pełen relaks. Mała wycieczka promem na stację PKP, zakup biletów, ognisko, kiełbaska, piwko, karkóweczka... W międzyczasie wyjazd na plażę, na promenadę, nawet pod słynny wiatrak.
Rekreacji i odpoczynku ciąg dalszy. Do południa spakowaliśmy się i złożyliśmy namioty - wszyscy, oprócz dziewczyn. Później wybraliśmy się jeszcze na krótką przejażdżkę do Niemiec.
Piotrek był konsekwentny i pojechał do Rugii, a my wróciliśmy później do Świnoujścia, coś zjedliśmy jeszcze, posiedzieliśmy w Słodkim Centrum, a potem pożegnaliśmy się ze sobą. Chłopaki pojechali do Warszawy pociągiem, dziewczyny zamierzały jechać rano rowerami do Kołobrzegu, a stamtąd pociągiem do kolegi do Gdańska. Piotrek pedałował już w stronę Rugii, a ja wybrałem się do cioci Basi i wujka Stasia.
Jeszcze zanim rozstaliśmy się, zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia.
Wieczór spędziłem u cioci i wujka. Gadaliśmy chyba do wpół do pierwszej...
Dzień 9.
Wstałem koło dziewiątej i po śniadaniu postanowiłem pojechać jeszcze na promenadę po pamiątkowe widokówki dla rodziny, a przy okazji do sklepu rowerowego po zapięcie. Na ścieżce na wydmach wzdłuż plaży poczyniłem ostatnie zdjęcia z rąsi i pożegnałem Bałtyk.
Przygotowałem sobie prowiant na drogę, bo podróż pociągiem zapowiadała się długa - siedemnaście i pół godziny! Po pysznym obiadku chwilę odpocząłem, porozmawialiśmy jeszcze z ciocią i wujkiem, a potem pożegnaliśmy się i wyruszyłem...
Relacja Świnoujście - Przemyśl to najdłuższa linia kolejowa w kraju. Ja jechałem tylko do Tarnowa.
Przed tym wyjazdem zastanawiałem się jak wygląda przejazd z rowerem w PKP. Teraz już wiem, ale rozwiewam wątpliwości tych z Was, którzy jeszcze nie wiedzą. Mój rower podróżował w ten oto sposób:
...i był jedynym rowerem w pociągu aż do Krakowa, gdzie dosiadł się jeden pan, który również jechał na wyprawę rowerową.
Na szczęście w pociągu mało było ludzi i w przedziale, w którym jechałem, były oprócz mnie jeszcze tylko dwie osoby tak, że nawet całkiem się wyspałem. W Tarnowie z dworca odebrał mnie tata, a chwilę później w Tuchowie spotkałem się już z mamą, Miłoszem i naszymi gośćmi.
I tak zleciał czas - aż do dzisiaj... Ale wyprawa ta to na pewno świetne doświadczenie i obietnica kolejnych. To wciąga, ale jak nie teraz, to kiedy?
Mimo wszystko muszę powiedzieć, że to jest jeszcze nic! Naprawdę wielki szacunek dla uczestników Maratonu Rowerowego Dookoła Polski (mrdp.pl) w którym jechał m.in. mój znajomy - Wojtek Gubała. To, co oni osiągają to prawdziwy wysiłek i prawdziwa pasja. Kto wie, może i ja kiedyś dam radę?
W przydługim tym wspomnieniu wykorzystywałem, oprócz swoich, także zdjęcia Konrada i Łukasza. Dzięki wielkie, i w ogóle dzięki za całą wyprawę - nie tylko dla waszej dwójki, ale dla całej ekipy. Do zobaczenia za rok? ;)